środa, 1 października 2014

Moja Perła Made in Poland - ujędrniający krem do twarzy APIS Żurawinowa Witalność

Dzisiejsza pogoda nie rozpieszcza - szaro, buro, ponuro i w dodatku mokro. Brrr... nawet pies nie ma ochoty na codzienne, balkonowe polegiwanko. Żeby rozweselić nieco dzień zmajstrowałam na obiad kurczaka z ananasem, mleczkiem kokosowym i quinoa. Zanim udam się do paczkomatu po odbiór mojego zamówienia z Nocanki na blogu zakróluje żurawina zamknięta w kremie do twarzy od Apis.


Ujędrniający krem do twarzy z żurawiną i olejkiem arganowym od Apis to moje prywatne odkrycie. Początkowo myślałam, że skoro "ujędrniający" to pewnie ciężki, tłusty i na bank nie do mieszanej cery. Napis na opakowaniu głosił jednak, że każda cera może z niego korzystać. Dodatkowo źle kojarzą mi się takie wielkie opakowania kremów - z reguły są to produkty do całego ciała, a niestety często nadają się ledwo do stóp. Skład "żurawinowej witalności" Apis utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że warto dać mu szansę i zupełnie nie żałuję!


Krem zamknięty jest w dużym, plastikowym, zakręcanym słoiczku. Nie posiada klasycznej, srebrnej folii chroniącej przed macaczami drogeryjnymi, ale zalepiony jest kawałkiem przezroczystej taśmy. W sumie całkiem niezłe rozwiązanie.
Pojemność tego kremu to aż 110 ml! Z jednej strony błogosławieństwo z drugiej przekleństwo. Z pewnością będzie to świetna inwestycja dla osób ze skromniejszym budżetem - spokojnie mogą używać tego kremu zarówno na dzień jak i na noc i wtedy na bank zdążą go zużyć, bo przydatność od otwarcia to tylko 6 miesięcy ( oznacza to, że nie jest mocno zakonserwowany aczkolwiek nie są to jedynie naturalne konserwanty ). Osoby zaś, które na dzień i na noc stosują odrębne produkty mogą, tak jak ja, mieć problem ze zużyciem. Przez 6 miesięcy stosowania kosmetyku tylko na dzień niestety nie zdążyłam wykończyć go do dna. Resztka wykorzystana została na stopy, więc nic się nie zmarnowało. Fajnie jednak gdyby firma pomyślała o dwóch wersjach opakowań.


Konsystencja kremu jest lekka, ale zwarta. Zaraz po nałożeniu na skórę mamy wrażenie, że nawet dość tłusta, jednak po kilku chwilach krem wchłania się idealnie, praktycznie do pełnego matu.
Zapach słodki, niekoniecznie przypominający żurawinę, raczej owocowe, lekko sztuczne słodycze. Nie jest jednak nachalny i nie uprzykrza życia.


Czy zauważyłam konkretne działanie ujędrniające? Nie będę kłamać, że zauważyłam bo moja 25-letnia skóra jest sama w sobie jeszcze jędrna. Krem jednak super sprawdził się do typu mojej cery czyli mieszanej w kierunku tłustej. Dobrze nawilżał, ale nie obciążał i tak już wyrabiających 200% normy gruczołów łojowych. Przyjemnie wygładzał i dawał uczucie komfortu. Filtr SPF 15 może nie jest olbrzymi, ale w połączeniu z podkładem, w którym również mam filtr zaspokaja moje potrzeby. Jednocześnie stanowił dobrą bazę pod makijaż, a to w wypadku kremu na dzień jedna z kluczowych właściwości.

Tak jak pisałam na początku, skład kosmetyku przekonał mnie do spróbowania. Przyznacie, że zawstydza wiele kremów z górnej półki?


A na deser najlepsze czyli cena - nie uwierzycie, ale za 110 ml kosmetyku o naprawdę bardzo dobrym składzie zapłacimy w cenie regularnej... 15 zł!!! Naprawdę aż wierzyć mi się w to nie chce, ale brawa dla firmy Apis - dowód na to, że dobre może być polskie i tanie - czas pobiec z recenzją do Angel, bo to zdecydowana Perła Made in Poland. Co więcej - zerknęłam do ich sklepu internetowego i właśnie trwa promocja - Żurawinową Witalność możemy kupić już za 11.90 zł KLIK. Moim zdaniem warto spróbować :)
Czytaj dalej ...

niedziela, 28 września 2014

Jestem na NIE - MakeUp Revolution pomadka w odcieniu Bliss

Jestem kosmicznie zacofana w kwestii recenzji mojej kolorówki - myślę, że 3 zużyte tusze do rzęs, które leżą i czekają na swoją kolej najlepiej o tym świadczą. Dziś jednak chciałabym napisać o kosmetyku, który zawiódł mnie na całej linii. A najgorsze jest to, że drugim egzemplarzem uraczyłam Karotkę i aż mi wstyd, że wsadziłam ją na taką minę :D Owym bublem okazała się być pomadka MakeUp Revolution w odcieniu Bliss.


Minusów jest tak wiele, że nawet nie bardzo wiem od czego zacząć, zacznę więc może od opakowania. Tandetny plastik, bardzo słabe zamknięcie i ogólne poczucie, że całość może się zaraz rozpaść. Owszem - zaraz po zakupie całość jest ofoliowana, więc mamy pewność, że dostajemy w 100% świeży produkt, niestety jakość pozostawia wiele do życzenia. W sumie pomadki Golden Rose Vision Lipstick również nie grzeszą jakością opakowania, ale środek jest świetny, więc można im to wybaczyć. W przypadku MakeUp Revolution jest tak wiele NIE, że opakowanie tylko pogłębia frustrację.


Kolejny zawód to kolor. Liczyłam na sympatycznego łososia z dużą dawką pomarańczu - tak prezentował się na swatchach. Niestety w rzeczywistości sam kolor jest niezły, ale niestety za jasny. Do mojej lekko oliwkowej karnacji wygląda jak dziuni-niuni w białych kozaczkach. Totalna porażka - że już nie wspomnę o tym co robi z moimi zębami. Nie, nie stają się żółte - raczej szare i jakby przezroczyste. Całość jest tak koszmarna, że nigdy nie wyszłam w tej pomadce do ludzi.


Następne wielkie NIE to sama jakość kosmetyku. Pomadka jest bardzo miękka, wręcz maślana. W połączeniu z niezwykle trudnym kolorem nie jest to z pewnością kosmetyk, którym możemy umalować się w drodze do pracy. Ta szminka wymaga lusterka i najlepiej pędzelka, bo bezpośrednio z opakowania również jest ciężko. To co najbardziej mi nie odpowiada to okropne smużenie. Bardzo trudno pokryć usta jednolitym kolorem, pigment wchodzi w załamania, rozwarstwia się i wygląda kompletnie nieestetycznie. Nawet kombinowanie na bazie, z odciśnięciem na chusteczce, konturówką i innymi cudami nie pomaga. Po prostu kolor w tej konsystencji nie chce stworzyć ładnego efektu. Pół biedy, że pomadka nie śmierdzi jak tanie, bazarowe paskudztwa. Ma delikatny, nienachalny aromat, który nie drażni.


Dla zainteresowanych skład poniżej.


Powiecie mi, że czego ja oczekiwałam od pomadki za 5,90? OK, nie oczekiwałam cudów, ale za podobną cenę możemy sobie kupić np. pomadkę z Sensique czy Essence i jakość będzie o stokroć lepsza. Nie wiem jak z innymi kolorami, ale odcienia Bliss stanowczo nie polecam, a jeśli któraś z Was potrafiła go okiełznać to proszę podzielcie się patentem :)


Za 3,8 grama pomadki MakeUp Revolution zapłacimy ok. 5,90 zł - do kupienia w drogeriach internetowych np. cocolita.pl czy minti shop. Ja niestety nie polecam, a wręcz ostrzegam. Napaliłam się jak szczerbaty na suchary i mam nauczkę.
Czytaj dalej ...

piątek, 26 września 2014

Głębia OCEANU - lakier do paznokci GOSH 540

Koło tego lakieru GOSHA chodziłam już od dawna, w buteleczce prezentował się niezwykle intrygująco. Byłam niesamowicie ciekawa jaki efekt stworzy na paznokciach. Pierwsze wrażenie? Zbliżony do lakieru Barry M Teal, o którym już kiedyś pisałam KLIK, kolor podobny, ale jednak inny. Czy warto więc dołączyć go do swojej kolekcji?


Pierwszą i chyba najważniejszą zaletą lakieru nr 540 GOSH OCEAN jest jego kolor - metaliczny, morski, z limonkowymi refleksami, które pięknie odnajdują się w promieniach słońca. Niesamowity blask przykuwa uwagę do dłoni ( szczególnie kolegów z pracy ), a sam kolor sprawdza się idealnie na dłuższych paznokciach dając efekt ich wysmuklenia. Oczywiście od razu do kompletu z paznokciami założyłam moje ulubione korale w prawie identycznym odcieniu :) Dla tego koloru byłabym w stanie znieść wiele :)


Na szczęście lakier jest dość łatwym kompanem w kwestii aplikacji. Pędzelek dobrze się prowadzi, nie jest ani zbyt duży, ani zbyt mały. Dwie warstwy lakieru dają absolutnie 100% krycia, a lakier schnie całkiem szybko. Trzeba jednak zwrócić uwagę na odpowiednie prowadzenie pędzelka, gdyż lakiery metaliczne mają to do siebie, że widać na nich pociągnięcia. Warto więc zadbać, aby były w miarę proste i równoległe.
Kolejny słaby punkt to tendencja do bąbelkowania - na ok. 5 malowań, dwa razy pojawiły się u mnie drobniutkie pęcherzyki na czterech paznokciach. Ktoś kto o nich nie wiedział to z pewnością by ich nie zauważył, ale ja dostrzegłam. Nie zrzucę jednak całej winy na lakier bo możliwe jest, że powstały z mojej winy. Niemniej jednak 100 % pewności nie mam więc trzeba mieć to na uwadze.


Trwałość lakieru jest średnia - po 2 dniach bez top coatu końcówki zaczęły się ścierać. Nie pojawiły się jednak żadne odpryski czy zarysowania i lakier do 5 dni nadawał się do noszenia. " Zasmarowany " Seche Vite przez 5 dni trzymał się bez najmniejszego uszczerbku. I znów musimy wziąć pod uwagę to, że moja praca polega na systematycznym stukaniu w klawiaturę, a że preferuję długie paznokcie to lakier ściera się w wyniku mechanicznych uderzeń. Wybaczam mu więc te starte kocówki.



Na pochwałę zasługuje umieszczanie przez producenta składów na wszystkich produkowanych kosmetykach, również na lakierze możemy przeczytać co zostało wykorzystane do jego powstania.


Cena za 8 ml to ok. 20 zł do kupienia np. na Kocham Kosmetyki. Jeśli miałybyście wybierać między Barry M Teal, a GOSH OCEAN to raczej skłaniałabym się ku temu drugiemu, z tego względu uważam, że cena jest adekwatna do jakości choć nie pogniewałybyśmy się za mały rabacik prawda? :)
Czytaj dalej ...

czwartek, 25 września 2014

Włos prawdę Ci powie - Balsam Seboradin przeciw wypadaniu włosów

O tym, że o dobrą kondycję swoich włosów walczę bez ustanku wiecie od dawna. Długie, naturalne kręcone włosy ze skłonnością do wypadania ( szczególnie na czubku ) to z jednej strony moje błogosławieństwo, a z drugiej przekleństwo. Ciężko znaleźć mi kosmetyki, które w pełni usatysfakcjonują i mnie i moją czuprynę. Z reguły podstawę pielęgnacji stanowią maski - gęste, odżywcze i mocno nawilżające, sporadycznie odżywki bo rzadko która potrafi sprostać wymaganiom moich włosów. Nigdy natomiast nie używałam balsamów, myślałam, że będą zwyczajnie za lekkie i zbyt słabo działające. Gdy więc marka Seboradin zaproponowała mi przetestowanie balsamu przeciw wypadaniu włosów to miałam mieszane uczucia. Ciekawość jednak zwyciężyła - czy tym razem okazała się pierwszym stopniem do wiedzy czy raczej do piekła?


Balsam przeciw wypadaniu włosów Seboradin zamknięty jest w prostej, przezroczystej buteleczce z wygodnym zamknięciem typu press, które osobiście bardzo lubię. Konsystencja gęsta, treściwa, ale z łatwością dająca rozprowadzić się na całej długości włosów. Zapach niewątpliwie z czymś mi się kojarzy, ale niestety nie umiem przypomnieć sobie co to było. Jest świeży, kwiatowy, intensywny i bardzo przyjemny. Włosy zyskują dzięki niemu przepiękny aromat. 
Kosmetyk pozostawiałam na włosach z reguły na 15 minut gdyż 5 to dla mnie zdecydowanie za mało. Po tym czasie rozczesywałam włosy i spłukiwałam resztki balsamu. Bez problemu daje wypłukać się z włosów, a już podczas płukania czujemy niesamowitą różnicę.


Przede wszystkim nasze włosy stają się o wiele, wiele gładsze. Zgodnie z zapewnieniami producenta z pewnością ułatwia to rozczesanie włosów, a dzięki temu zmniejsza ich wyrywanie. Sam balsam stanowi uzupełnienie kuracji przeciw wypadaniu włosów dbając o ich łodygę. ale jednocześnie jest bogaty w wiele wyciągów i substancji aktywnych, które mają na celu wzmocnienie cebulek.
Balsam nakładany nawet na skórę głowy nie spowodował u mnie wzmożonego przetłuszczania czy oklapnięcia fryzury. Wręcz przeciwnie, włosy były pełne życia - sypkie, miękkie, widocznie nawilżone i pięknie pokręcone. Kosmetyk świetnie sprawdził się w przypadku moich loków gdyż ładnie definiował ich skręt. W trakcie używania balsamu zdecydowanie zauważyłam przyspieszenie wzrostu włosów - w zasadzie po 3 tygodniach od farbowania miałam już naprawdę widoczny odrost. Biorąc po uwagę walory pielęgnacyjne mogę z całą stanowczością stwierdzić, że radzi sobie lepiej niż niejedna maska. 


Skład jest niesłychanie bogaty, ogromna ilość naturalnych ekstraktów połączonych z naturalnym olejkiem arganowym zapewnia maksimum składników odżywczych. Niestety przeciwnicy parabenów i generalnie konserwantów mogą czuć się zawiedzeni. Warto jednak podejść do tego zdroworozsądkowo. 


Za 200 ml balsamu zapłacimy ok. 20 zł. Moim zdaniem jest to atrakcyjna cena biorąc pod uwagę faktyczną skuteczność kosmetyku. Jeśli macie problemy z wypadaniem włosów ( a sezon na jesienne problemy z czupryną uważam za otwarty ) to balsam jest z pewnością świetnym uzupełnieniem kuracji. 

Znacie markę Seboradin? A może możecie polecić również inne produkty z ich oferty?
Czytaj dalej ...

czwartek, 18 września 2014

Oko w oko z kremem pod oko - Oeparol Essence odżywczy krem z kwasami Omega i ceramidami

Kremy pod oczy i sera to mój konik w codziennej pielęgnacji twarzy. Zawsze przykładam dużą uwagę do ich jakości oraz składów. Szczególnie w kwestii kremów pod oczy preferuję te odżywcze, napakowane aktywnymi składnikami. Moim zdaniem dbanie o tą szczególną okolicę ma głęboki sens, sztuką jest jednak dobór odpowiedniego preparatu.

Gdy zaproponowano mi przetestowanie kosmetyków Oeparol, od razu zdecydowałam się na krem pod oczy. Moim zdaniem właśnie ten kosmetyk potrafi powiedzieć nam najwięcej od danej serii. Analizując jednak jego skład, nie byłam do końca przekonana czy aby faktycznie się u mnie sprawdzi. Czasami jednak warto zaryzykować :)


Opakowanie odżywczego kremu pod oczy Oeparol to klasyczna, zakręcana tubka, która swobodnie stoi na zakrętce. Dodatkowo mamy dołączony papierowy kartonik, na którym znajdziemy informacje o składzie i działaniu, ale za to nie znajdziemy symbolu odkręconego słoiczka z informacją ile po otwarciu ważny jest kosmetyk. Owszem, jest data ważności, ale jednak przywykłam do oznaczeń 6 czy 12 miesięcy - przykładowo.

Konsystencja kremu wydaje się być dość gęsta i tłustawa, jednak po rozprowadzeniu na skórze szybko się wchłania i nie pozostawia widocznej warstwy. Dzięki temu krem naprawdę świetnie sprawdza się pod makijażem, cienie nie rolują się na nim i nie wbijają w załamania. Krem ma naturalny, przyjemny zapach - nie jest sztucznie perfumowany, docenią to zapewne osoby o wrażliwych oczach.


Samo działanie oceniam na plus choć nie jest to krem, który da efekt totalnego liftingu i ekstremalnego rozjaśnienia cieni. Moim zdaniem jest to dobry krem pod oczy w przedziale 20-30 ( 35 ) lat. Nawilża i bardzo przyjemnie wygładza skórę. Staje się ona z pewnością bardziej jędrna i elastyczna. Drobne kurze łapki, które u mnie pojawiają się ze zmęczenia są zniwelowane. Nie zauważyłam jednak wyraźnego redukowania cieni, a moje cienie są i tak wyjątkowo delikatne.


Myślę, że krem jest wart bliższego poznania, szczególnie biorąc pod uwagę stosunek jego jakości do ceny - ok. 18 zł za 15 ml kosmetyku np. w aptekach internetowych, który w zasadzie spełnia wszystkie zapewnienia producenta. Cieszę się, że miałam możliwość go poznać i wiem, że to nie była jednorazowa przygoda. Choć piania z zachwytu nie było, to naprawdę życzyłabym wielu kremom pod oczy, aby równały do poziomu Oeparolu.

A Wy macie swoich podoczno - naocznych ulubieńców? Jeśli podoba Wam się ten kremik to mam dla Was kod na 7% rabatu w aptece i-apteka - 20140916-342355  :)

Czytaj dalej ...
Blog template designed by SandDBlast