poniedziałek, 28 lipca 2014

Co noszę w torebce? + nowy nabytek z RoseWholesale

W ramach małego, blogowego urozmaicenia postanowiłam pokazać, co chodzi ze mną na co dzień w torebce. Oczywiście już po zrobieniu zdjęć zczaiłam się, że kilka rzeczy nie załapało się na fotkę m.in. woda termalna, którą pół dnia przeganiałam upał z mojej twarzy :) Niemniej jednak kluczowi towarzysze zostali zawarci i chętnie Wam ich przedstawię. Jednocześnie ciekawa jestem co Wy nosicie ze sobą w torebce?

  • klucze - zarówno do swojego mieszkania jak i do mieszkania rodziców z przyczepioną masą pierdół i pierdółek, które stanowią idealny obciążnik mojego i tak nieźle zwichrowanego kręgosłupa :) Mimo to z żadną z nich nie potrafię się rozstać - szczególnie z różowym kotem i otwieraczem do piwa
  • kalendarz - tradycyjnie czerwony i tradycyjnie napchany tysiącem karteluszek, które nie mają prawa się zgubić, miejsce , w którym przechowuję wszystko
  • do kalendarza oczywiście ulubiony długopis, który dostałam kilka lat temu od chrzestnego
  • chusteczki - bo kto wyobraża sobie życie bez nich?
  • gumy do żucia - nie jestem namiętnym żujkojadem, z reguły mój facet ograbia mnie z nich, a ja mam co i rusz świeżą paczkę
  • etui na karty - karty rabatowe, karty klubów itd. itp. mój portfel był nimi tak wyładowany, że zaczął się rwać, a że kocham go nad życie to zmieniłam mieszkano moich małych pomocnic zakupowych
  • portfel - ukochany portfel, który jest ze mną już z 8 lat, z lakierowanej, czerwonej skóry w kwiatki - a jakże! Wygodny, pojemny i nadal w świetnej formie. Nawet nie planuję zmiany na inny.
  • okulary - z reguły te z Firmoo, bo od rodzimych optyków mniej lubię, powinnam nosić na co dzień, ale raczej zakładam tylko w pracy 
  • pendrive - sama jestem w szoku ile razy się przydał
  • woda termalna - nie załapała się na zdjęcie podobnie jak krem do rąk, który został w pracy
  • pomadka ochronna i aktualnie używana szminka - akurat tym razem Bourjois Rouge Edition
  • mini kosmetyczka z najpotrzebniejszym arsenałem

Ta malutka czarna kosmetyczka towarzyszy mi już od kilku lat. Jest maleńka, ale niesłychanie pojemna, ma świetny kształt i czasami sama nie mogę uwierzyć w to, ile potrafię w niej zmieścić
  • po pierwsze leki - przeciwbólowe, rozkurczowe, płatek dezynfekujący, coś na dolegliwości żołądkowo - jelitowe i... 2KC :D
  • mały ręczniczek z mojego cudnego zestawu podróżnego NICI
  • mini zestawik nici, igieł, nożyczek, agrafek, guziczków - zadziwiające ile razy już się przydał
  • mini kremik Nivea - jak dotąd posilają się nim współpracownicy
  • roletka z wodą perfumowaną
  • spray łagodzący ukąszenia owadów - miał być fenistil lub entil, ale mojemu facetowi  nie chciało się jechać do apteki i kupił mi Brosa :/
  • pilniczek do paznokci
  • zapalniczka - nie palę, ale ogień czasami się przydaje tym bardziej, że jest to mój gadżet z sentymentem - dostałam ją od pana instruktora prawa jazdy :)
  • lustereczko
  • czarna kredka do oczu - awaryjnie
  • żel do dezynfekcji rąk z Bath&Body Works o zapachu pieczonego jabłka
  • bibułki matujące - zrezygnowałam z noszenia pudru bo nie lubię kolejnych warstw
  • pomocnik na wypadek "babskich dni"
  • chusteczki Cleanic, które wprost uwielbiam zarówno dezodorant w chusteczkach jak i te do higieny intymnej sprawdzają się u mnie rewelacyjnie
Choć czasami noszenie tego wszystkiego bywa uciążliwe, to przyznam, że nie umiem się rozstać z całym tym asortymentem. Tym bardziej, że wielokrotnie naprawdę się przydał. Bardzo jestem ciekawa jak jest w Waszym przypadku - mała listonoszka, czy tak jak ja wielki torbiszon?


Apropo's torbiszona - na zdjęcia załapała się moja nowa torebka z RoseWholesale KLIK, która przyszła do mnie z Holandii. Przyznam szczerze - nie wiem co mi odbiło, ale zdecydowałam się na pomarańczowy kolor. Jak dobrze podpowiedziała mi przyjaciółka - chyba na cześć wyśnionej pomadki z MACa. 


Pierwsze wrażenie po wyjęciu torby z bardzo dobrze zabezpieczonej przesyłki? Ups... jest trochę mniejsza niż to sobie wyobrażałam. Po chwili jednak stwierdziłam, że nie można wiecznie chodzić z torbą wielkości porządnej walizki podróżnej i wypada wreszcie mieć coś pośredniego. Niewątpliwy plus, że łatwiej będzie mi w niej utrzymać porządek ponieważ wewnątrz mamy kilka dodatkowych kieszonek - boczne na telefon i np. szminki, zasuwaną na drobiazgi i jeszcze jedną dodatkową na coś większego. 


Sama torebka zaskoczyła mnie na plus wykonaniem - wszystko wygląda dość solidnie, zarówno przeszycia, paski jak i dodatki są stabilne i dobrze połączone. Materiał dość gruby, ale przyjemny w dotyku. Nie powiem, że jest to ósmy cud świata, ale cena jest jak najbardziej adekwatna do jakości - na stronie RoseWholesale zapłacimy za nią 12,36$. Osobiście nie jestem osobą, która lubi wywalać kupę kasy na buty czy torebki, bo ani cena mnie nie podnieca, ani marka, ani nie mam potrzeby szpanu - wolę na to konto mieć kilka innych rzeczy i chodzić na zmianę - przynajmniej tak szybko mi się nie nudzą :) Ale wiem, że każdy ma inną filozofię więc nie namawiam do zakupu w sklepach pokroju RoseWholesale. Sama jednak jestem bardzo mile zaskoczona jakością obsługi, szybkością dostarczania przesyłek jak i samą stroną sklepu. Będę kusiła koleżanki na zakupy ciuchowe :) 


Jeśli byłybyście zainteresowane kodem rabatowym to dajcie znać :)
Czytaj dalej ...

piątek, 25 lipca 2014

Paleta Sleek Arabian Nights Smoke&Shadows - pierwsze wrażenia + swatche + przykładowy makijaż

Już w pracy postanowiłam, że napiszę dziś o czymś ekscytującym ( przynajmniej dla mnie ) bo nuda dzisiejszego dnia mnie po prostu pożarła, a teraz w powietrzu wisi burza - co mi jednak po burzy, gdy od kilku dni jest ze mną moja wyczekana paleta Sleek Arabian Nights. Czy jestem Sleeko-maniaczką? Trochę tak, trochę nie - nie każdą paletę kupuję, bo nie każda do mnie przemawia. Co jakiś czas jednak zdarza im się stworzyć coś, co od razu pragnę mieć. Tak było z paletą Sleek Arabian Nights - kocham klimaty Bliskiego Wschodu, więc już dla samej nazwy zapragnęłam ją mieć. Nawet nie bardzo interesowało mnie jakie tam faktycznie będą kolory, kupowałam w ciemno - bez poszukiwań swatchy. 
Dziś, z racji na to, że na blogu trwa konkurs, w którym można wygrać rzeczoną paletkę KLIK, chciałabym po krótce opowiedzieć o moich pierwszych odczuciach jak i przedstawić przedmiot pożądania :)


Paleta Arabian Nights zamknięta jest w klasyczną dla Sleeka, czarną, plastikową i bardzo porządną kasetkę z lusterkiem. Do palety dołączony jest aplikator ( nigdy z niego nie korzystam ) i lusterko ( dla odmiany - często z niego korzystam ). Całość dociera do nas w dodatkowym kartoniku, z którego np. możemy dowiedzieć się składu i daty przydatności.


Rzeczą, którą Sleek mógłby włączyć na stałe do produkcji palet, to napis na górnej klapce. Niestety jak do tej pory, chyba tylko limitowanki mają swoją nazwę na wierzchu, a przecież to tak ułatwia życie :)


Paleta już tradycyjnie zawiera 12 cieni. W przypadku Arabian Nights mamy jeden klasyczny mat, jeden mat z drobinkami, 3 cienie satynowe z większymi drobinkami i 7 cieni typowo satynowych


Jakość cieni jest naprawdę bardzo porządna, mam wrażenie, że z palety na paletę Sleek podąża w coraz lepszym kierunku. Owszem, zdarzają się wpadki, jednak Arabian Nights pod względem jakości cieni stoi na bardzo wysokim poziomie.
Pigmentacja cieni jest oszałamiająca - wystarczy odrobina i już mamy wyraźny i widoczny kolor. Cała tonacja utrzymana jest zresztą w w dość ciemnych i intensywnych barwach - przy pomocy tej palety możemy stworzyć Smoky Eye w najróżniejszych kombinacjach. 


Cienie testowałam dopiero przez kilka dni, więc jeszcze nie "obadałam" jak spisują się w każdych warunkach, jednak zarówno w upalną środę, deszczowy czwartek czy duszny piątek wytrzymywały na moich powiekach od rana do wieczora bez chociażby najmniejszego uszczerbku. Oby tak dalej :)


Moje odczucia kolorystyczne:

Górny rząd:
  • Scheherazade's Tale - satynowy, jasny beż o ciepłej tonacji, dobrze roztarty może robić za cudny rozświetlacz do opalonej twarzy
  • Gold Souk - satynowy z drobinkami, złoto dające delikatną mgiełkę, stonowane, ale pięknie podkreślające oko
  • Alladin's Lamp - satynowy z drobinkami, bardzo uniwersalny, średni brąz o chłodniejszej tonacji, lekko przełamany starym złotem
  • Sultan's Garden - satynowy z bardzo delikatnymi drobinkami, chłodna, zgaszona zieleń, w małej ilości może robić się szarawa, ale w zależności od kąta padania światła daje niesamowitą, zieloną poświatę
  • Hocus Pocus - satynowy z maleńkimi drobinkami, przepiękna, szmaragdowa zieleń, stonowana, nie krzykliwa, ale dająca cudowną, magiczną taflę niczym zaczarowany eliksir
  • Simbad's Seas - satynowy, głęboki kobalt, nie spotkałam jeszcze takiego odcienia - w zależności od kąta padania światła może dawać fiołkowy poblask
Dolny rząd:
  • Genie - satynowy z drobinkami, ciepły średni brąz ze złocistą poświatą
  • Black Magic - satynowy, faktycznie magiczny kolor - nałożony w małej ilości i będący w cieniu, wygląda jak czerń jednak po zwróceniu w kierunku światła daje piękną, metaliczno-grafitowo-kobaltową poświatę
  • Stallion - matowy, ciepły, ciemny, czekoladowy brąz o nadzwyczaj fantastycznej pigmentacji
  • Sorcerer - satynowy, na pierwszy rzut oka bardzo podobny do Black Magic jednak w odpowiednim świetle zdecydowanie widać, że jest to ciemny grafit o stalowej poświacie
  • Valley of Diamonds - mat ze złocistymi drobinkami, odcień podobny do Festive ze Sparkle2, ale chyba nieco ładniejszy. Ciepły burgund.
  • 1001 Nights - satynowa czerń, podobnie jak w paletce Lagoon ma piękne, połyskliwe wykończenie dające wielowymiarowy efekt.
Jak na razie jestem tą paletą niesłychanie oczarowana - to zdecydowanie jeden z lepszych zakupów, zaraz obok Garden of Eden i Sparkle2, kocham wszystkie moje Sleeki jednak Lagoon czy Bad Girl to te po, które sięgam rzadziej. Arabian Nights z pewnością znajdzie się w ścisłej czołówce :)


Powyżej makijaż, który przygotowałam dziś rano " na prędce", uniwersalny, szybki i bardzo prosty.

Cena paletki to 37,49 zł do kupienia na cocolita.pl. Jeśli paletka przypadła Wam do gustu, to przypominam, że możecie ją wygrać. Szczegóły konkursu TUTAJ lub klikając w obrazek poniżej.


Spokojnego i pogodnego weekendu :)

Czytaj dalej ...

czwartek, 24 lipca 2014

>>>KONKURS<<< " Twój skrawek Ziemi " - Wygraj paletę Sleek Arabian Nights na 2 urodziny bloga :)

Ciężko mi w to uwierzyć, ale minęły już dwa lata od kiedy prowadzę blog na blogspocie, generalnie zaczynałam w 2008 roku, kiedy blogowanie nie było jeszcze tak popularne, a ja prowadziłam stronę w jakimś mało poczytnym serwisie. 2 lata na blogspocie nie tylko pozwoliły mi rozwinąć skrzydła, ale także stały się okazją do nawiązania wielu cudownych znajomości, spotkania świetnych blogerek i blogerów, którzy tak jak ja kochają urodę i kosmetyki, a także poznania niesamowitych czytelniczek i czytelników, którzy wpadają na mojego bloga dla czystej rozrywki :) Wiele znajomości przeniosło się ze świata wirtualnego również na ten realny :) Nie sposób nie wspomnieć tu o Gosi i Ani - każda z Was wie za co jej dziękuję :*
Cieszę się, że wytrwałam w swojej blogowej pasji choć były wzloty i upadki, przypływy weny i kompletne odpływy sił. Mam jednak wielką nadzieję, że kolejny rok będzie okazją do jeszcze większego starania o najlepszą jakość recenzji - tak, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie :)



Z okazji 2 urodzin bloga wraz z drogerią cocolita.pl przygotowaliśmy gorrrący upominek - najnowszą, limitowaną paletę Sleek Arabian Nights. Ja swój egzemplarz też już kupiłam - gdy tylko dowiedziałam się, że paletka ma ujrzeć światło dzienne to wiedziałam, że będzie moja! Kocham klimaty Bliskiego Wschodu i już dla samej nazwy ją chciałam :) Tak sobie pomyślałam, że będzie to myśl przewodnia konkursu - szczegóły poniżej :)



Zasady konkursu:

  • Bądź publicznym obserwatorem mojego bloga KLIK lub polub mój fanpage na facebooku KLIK
  • Polub profil cocolita.pl na facebooku KLIK
  • Wypełnij formularz konkursowy i odpowiedz na pytanie " Twój skrawek Ziemi - wymarzone miejsce, w którym chciałbyś/chciałabyś zamieszkać, gdzie i dlaczego? " Wszystkie chwyty dozwolone, nawet jeśli aktualne miejsce zamieszkania jest Twoim rajem na Ziemi :)
  • Jeśli masz ochotę to udostępnij info o konkursie na swoim blogu lub na facebooku, ale nie jest to warunek konieczny, będzie mi po prostu miło :)
  • w komentarzu pod postem konkursowym potwierdź udział w konkursie, aby żadne zgłoszenie się nie zgubiło :)
  • Konkurs trwa od 24 lipca 2014 roku do 17 sierpnia 2014 roku do godziny 23.59
  • Laureat zostanie wybrany w przeciągu 10 dni od zakończenia konkursu
  • O wygranej poinformuję na łamach bloga i na facebooku więc radzę śledzić wieści :)
  • Pełen regulamin konkursu znajdziecie klikając TUTAJ



Już nie mogę doczekać się Waszych odpowiedzi, zawsze są dla mnie źródłem inspiracji!!!
Bawcie się dobrze :)




Czytaj dalej ...

środa, 23 lipca 2014

Baza doskonała, która bazą nie jest - MAC Paint Pot Painterly

Ten kto raz poznał moc bazy pod cienie, ten już nigdy nie będzie chciał z niej zrezygnować... Tak mi się przynajmniej wdaje obserwując moje koleżanki :) Jedna zgarnęła ode mnie bazę Hean i jest zadowolona, drugiej poleciłam Art Deco i też jest przeszczęśliwa. Ja sama przerobiłam już różne bazy i w zasadzie z każdej byłam zadowolona w stopniu mniejszym lub większym. Jedne świetnie radziły sobie z suchymi cieniami, drugie sprawdzały się w przypadku cieni o bardziej kremowej konsystencji. Żadna jednak nie wywołała u mnie tylu zachwytów co... cień w kremie z MAC. Nie mam zafiksowania na marki i nie miękną mi kolana na widok czarnych opakowań, ale tym razem zostałam rzucona na kolana i pierwszy raz od dawna nie mam ochoty rozglądać się za inną bazą.


Paint Poty od MAC występują w różnych kolorach, gama nie jest może szczególnie rozbudowana, ale można dopasować sobie podstawowe odcienie. Ja dostałam od mojej przyjaciółki z Niemiec odcień Painterly - delikatny, chłodny beż, który kryje powiekę jednolitym kolorem. Dla mnie kolor idealny, dla babeczek, które malowałam ciut za ciemny, ale przecież i tak był przykrywany cieniami :) Generalnie naprawdę świetnie dopasowany kolorystyczne do roli bazy, a jak radzi sobie od strony technicznej?


Produkt trafia do nas w czarnym kartoniku, w środku szklany, płaski słoiczek z czarną nakrętką. Klasyka.
Po odkręceniu słoiczka ukazuje nam się idealna tafla kosmetyku, napełnionego po sam brzeg słoiczka. Szeroki otwór ułatwi aplikację tym, którzy lubią bazę nakładać palcami. Cóż - u siebie też lubię, jednak dla zachowania pełnej higieny, nabieram ją ze słoiczka pędzelkiem.


Kosmetyk ma idealnie kremową konsystencję - ani za suchą, ani zbyt mokrą.Cudownie rozprowadza się na powiece i pozwala sobą pracować przez chwilę, aby dobrze stopić się ze skórą. Miałam już bazy, które albo ekspresowo zasychały ( zanim zdążyłam je dobrze rozprowadzić ), albo wcale nie chciały zaschnąć, nieestetycznie wbijając się w zmarszczki na powiekach. Tutaj nie ma przegięcia ani w jedną, ani w drugą stronę.


Praca cieniami na tak przygotowanej powiece to czysta przyjemność. Zarówno te lepsze jak i te ciut gorsze cienie bardzo dobrze się na niej rozprowadzają, ślicznie łączą i łatwo blendują. Można dokładać kolejne warstwy i "wpracowywać" je w powiekę, bez obawy o nieestetyczne plamy czy wałkowanie się produktu. Podbicie pigmentacji jest podobne jak w przypadku innych baz, czasami cienie, które normalnie są bez wyrazu, na bazie dostają drugie życie.


Kwestia najważniejsza - trwałość!!! W moim przypadku makijaż zrobiony późnym popołudniem wytrzymał do rana bez najmniejszego szwanku. Nic a nic nie musiałam poprawiać, rozcierać, nawet odrobina nie zebrała się w załamaniu powieki. W przypadku innych baz, po tylu godzinach też było OK jednak gdy bliżej się przyjrzałam, pewne zmęczenie powieki dawało już o sobie znać.


Naprawdę nie spodziewałam się, że ten kosmetyk okaże się być u mnie aż takim hitem. Początkowo wręcz zastanawiałam się, czy cień w kremie zamiast tradycyjnej bazy poradzi sobie z udawaniem jej. Okazało się, że nie tylko sobie poradził, ale wręcz ją przebił.


Za 5 g kosmetyku, który dzięki swojej konsystencji jest naprawdę niesłychanie wydajny zapłacimy 80 zł. Tak, wiem - są tańsze bazy i też się sprawdzają, nie neguję tego bo sama ich używam i jestem zadowolona. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że patrzę na całość z bardziej profesjonalnego punktu widzenia to śmiało mogę stwierdzić, że widzę różnicę z korzyścią dla MACa. Jeśli do tej pory wahałyście się czy warto to z czystym sercem muszę przyznać, że naprawdę warto.
Czytaj dalej ...

wtorek, 22 lipca 2014

Pogromca upału - tonizujący płyn oczarowy o zapachu kwiatu pomarańczy Fitomed

Ponieważ moje zaległości w recenzjach sięgają już dwóch żeli pod prysznic, dwóch kremów, dwóch tonikó i Bóg jeden wie ilu jeszcze produktów, a moja mobilizacja do działania wreszcie osiągnęła dobry poziom, więc możecie się spodziewać nawału pielęgnacji przeplatanej kolorówką, a w szczególności cudownymi lakierasami :)


Dziś post na czasie - żar leje się z nieba, a ja tęsknię za płynem oczarowym od Fitomedu, który zdążyłam niedawno zużyć. Początkowo nie byłam do niego nadzwyczaj pozytywnie nastawiona, ale z biegiem czasu bardzo się polubiliśmy.


Płyn oczarowy o zapachu kwiatu pomarańczy zamknięty jest w wygodnej, plastikowej butelce z atomizerem. Psikacz działa sprawnie, nie zacina się i pozwala na dowolną aplikację kosmetyku. Ja zazwyczaj spryskiwałam nim płatek kosmetyczny ( siła przyzwyczajenia ), ale zdarzało mi się również, szczególnie w upalne dni, odświeżać nim twarz w ciągu dnia i w tej kwestii nie ustępował wcale popularnym wodom termalnym, które obecnie goszczą w mojej kosmetyczce.


Zapach kosmetyku raczej nie jest 100% kwiatem pomarańczy, mocno przebija aromat oczaru. Mi akurat on nie przeszkadza, ale jest to specyficzny zapach i wiem, że nie każdemu może przypaść do gustu.


Konsystencję z czystym sumieniem pomijam, nie powiem jednak, że " typowa dla toników" - koniec z używaniem tego sformułowania, bo obecnie używam toniku z Sylveco, który ma postać żelu o_O - płyn tonizujący z Fitomedu, jak sama nazwa wskazuje, jest jednak typowo wodnisty.

Przez ostatnie miesiące traktowałam go jak typowy tonik - rano i wieczorem, po demakijażu przemywałam nim buźkę, ale również odświeżałam twarz w ciągu dnia. Jakie są moje spostrzeżenia?
Przede wszystkim jest niesłychanie wydajny, moim zdaniem forma sprayu pozwala na zdecydowanie mniejsze dozowanie produktu. Dam płyn faktycznie dobrze tonizuje i koi skórę. Z założenia przeznaczony jest do skóry tłustej i mieszanej - pomaga regulować produkcję sebum, delikatnie wygładza i obkurcza pory. Skóra jest po nim miękka i chłodna - nie wzmaga podrażnień i nie powoduje ich. Nawet w okolicy oczu sprawdza się nad wyraz delikatnie.
Moim zdaniem bardzo dobrze przygotowuje twarz do dalszych zabiegów.
Do tych wszystkich plusów dorzucić muszę również "lajka" za skład - prosty i skuteczny. Bez udziwnień - moim zdaniem wystarczający jak dla tego typu produktu.


Ja jestem naprawdę zadowolona z tego płynu, a po przerobieniu naprawdę olbrzymiej ilości toników, wiem, że do tego z pewnością w przyszłości wrócę.

Za 200 ml kosmetyku zapłacimy ok. 12 zł - warto szukać w aptekach, sklepach zielarskich bądź bezpośrednio w sklepie internetowym KLIK. Jeśli wybralibyście ten ostatni to od razu skuście się na któryś z kremów serii " Mój krem " - są naprawdę warte uwagi :)
Czytaj dalej ...
Blog template designed by SandDBlast