piątek, 28 listopada 2014

Paczka przyjemności od Full Mellow

Z napisaniem tej notki czekałam dość długo, właśnie jednak wykończyłam ostatni produkt, czyli naturalne mydełko więc podzielę się z Wami cudowną paczuszką jaką dostałam latem na spotkaniu Secrets of Beauty. Zbiegło się to w czasie z trwaniem akcji u Smyka czyli ECOboxem. Na jednej ze stron bloga miałam umieszczone swoje ECO preferencje. Jakież było moje zdziwienie, gdy Michał wręczył mi na koniec spotkania śliczne pudełeczko z dedykacją specjalnie dla mnie...


... okazało się, że jest to box wypełniony naturalnymi produktami spod szyldu Full Mellow. Autorką kosmetyków jest Aneta, która na stałe mieszka w UK. Do paczuszki dołączony był liścik, którego treść zostawię dla siebie. Aneta zadała sobie trud zajrzenia na mojego bloga, zapoznała się z produktami, które lubię, a nawet wzięła sobie do serca fakt, że nie jestem miłośniczką kąpielowych gadżetów ( jej babeczka jednak była tak cudowna, że z przyjemnością zanurzyłam się w wannie i chyba zaczynam zmieniać zdaniem ). Wspomniała nawet o tym, że planuje stworzyć kosmetyki, które szczególnie chłonę czyli linię do pielęgnacji włosów.



W moim pudełeczku znalazły się cztery produkty - wymieniona wcześniej babeczka do kąpieli Vanila Spice, peeling do ust Candy Floss o smaku gumy balonowej, scrub do ciała Orange Peel i naturalne mydło oliwkowe o zapachu sandałowca.


Na pierwszy ogień weźmy coś co teoretycznie miało mnie najmniej ucieszyć czyli babeczkę Vanila Spice. W rzeczywistości te dwie kąpiele, na które babeczka starczyła były naprawdę ucztą dla ciała :)


Babeczka wygląda tak rozkosznie, że aż chciałoby się ją zjeść. Z pomocą noża rozkroiłam ją na dwie porcje i wrzuciłam do wanny powoli ciesząc się musującym bzyczeniem. O tak - bo babeczka naprawdę musuje! "Krem" na babeczce rozpuszcza się nieco wolniej gdyż jest odpowiedzialny za pielęgnację i natłuszczenie skóry. Tworzy na powierzchni wody tzw. rosołek :)


Zapach babeczki jest bardzo delikatny, subtelny, raczej nie należy do bomb zapachowych. To taka mieszanka nienachalnej wanilii doprawiona nutą cytrusów. Skład babeczki jest zacny - masło shea, olejek avocado, olej słonecznikowy, sól Epsom, a także masło z Mango faktycznie pielęgnują skórę. Wychodząc z wanny nie jest ona ściągnięta i wysuszona. To mi się podoba!



W tej chwili na stronie Full Mellow widzę tylko babeczkę - cena 13.50 zł za 35 gram :)

W paczuszce znalazłam również coś, co od pewnego czasu towarzyszy mi bardzo regularnie - peeling do ust. W życiu nie myślałam, że coś może tak poprawiać kondycję skóry warg - a jednak! Wiem, że peeling można zrobić samemu w domu, ale jestem leniuchem :)


Candy Floss od Full Mellow pochodzi ze specjalnej linii Boogiesilver i ma smak i zapach gumy balonowej. Nie jest to mój smakowy faworyt, ale z drugiej strony też nie odrzuca mnie od niego. Sam peeling zamknięty jest w sympatycznym, malutkim słoiczku. Nabieranie go z opakowania jest w sumie całkiem wygodne, bo nic nie osypuje nam się po płaskich brzegach.


Sam peeling robi to co ma robić, ściera naskórek, wygładza usta i przyjemnie nawilża. Przyznam jednak, że wolę peelingi na bazie ksylitolu czy cukru trzcinowego. Nie słodzę klasycznym cukrem i jakoś tak nie mam przyjemności z oblizywania ust po skończonym zabiegu.


Gdyby nie ten zwykły cukier, to peeling miałby skład idealny. Za 30 gram kosmetyku zapłacimy TUTAJ 25,00 zł.

Następny w kolejce jest scrub do ciała o zapachu jednego z moich ulubionych olejków czyli oleju pomarańczowego :) Ludzie, jak to pachnie :) Nie jestem wcale fanką cytrusów, żele pod prysznic, balsamy itp. zawsze wybieram raczej o kremowych, kwiatowych lub ostateczni jadalnych zapachach w stylu czekolady. Cytrusy mnie nie kręcą jednak ten peeling pachnie dokładnie tak jak moja dawno wykończona sól do kąpieli z The Secret Soap Store. Naturalny antydepresant :)


Żeby nie było, że peeling tylko pachnie to trzeba napisać coś o jego właściwościach. Jest to klasyczny peeling cukrowy okraszony porcją naturalnych olejków. Nie należy do bardzo mocnych zdzieraków choć faktycznie przyjemnie złuszcza naskórek, równomiernie się rozpuszczając i pozostawiając na skórze delikatny, ochronny film


Konsystencja jest w sam raz - niezbyt sucha, niezbyt mokra - nie utrudnia nam życia pod prysznicem. Strasznie denerwuje mnie gdy peeling całymi kawałkami opada do wanny, tutaj na szczęście trzyma się ładnie zwilżonej skóry. Skład jak zwykle bardzo zacny - olejki i naturalne zdzieraki.


Jedyna uwaga co do pojemności - 150 gram peelingu do ciała zużywa się naprawdę szybko, chyba nie tylko mi było przykro tak szybko go żegnać, bo widzę, że bezpośrednio w sklepie Full Mellow jego pojemność urosła do 300 gram w cenie 35,00 zł.

Na samym końcu, choć nie oznacza to, że najgorszym i zapomnianym jest mydełko oliwkowe, które wykończyłam kilka dni temu. Ubóstwiam naturalne mydła, są kompletnie nie do porównania z tymi zwykłymi, toaletowymi, sztucznymi i chemicznie perfumowanymi. Naturalne mydła są naprawdę super - dobrze dobrane do potrzeb skóry zapewni jej więcej dobrego niż wszelkie żele do mycia twarzy.


Mydełko od Full Mellow jest w 100 % zrobione z oliwy z oliwek, okraszonej zapachem sandałowca. Kostka jest bardzo wydajna, nie tworzy kremowej gęstej piany, raczej taką delikatna mgiełkę, ale skutecznie oczyszcza skórę nie wysuszając jej i nie podrażniając. Używałam go w zasadzie do codziennego, porannego oczyszczania twarzy, ale zdarzało się mi zmywać nim także wieczorny makijaż. Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia.


Mydło jest bardzo wydajne, a skład jak widać naprawdę zachęca do wypróbowania.


W tej chwili na stronie Full Mellow nie mogę znaleźć tego mydełka, ale jeśli tylko się pojawi to naprawdę je polecam.

Jeśli nie wiecie, to dodam jeszcze, że Full Mellow ma swoje comiesięczne boxy. Można je zamówić TUTAJ. Strasznie jestem ciekawa wersji Bożonarodzeniowej, to jedyne boxy, które mnie kuszą i które skłonna byłabym kupić. Jeden box to cena 49,95 zł - a frajda z naturalnych, ręcznie robionych produktów jest nieziemska :)

Anetko, jeśli to przeczytasz to bardzo Ci dziękuję - ten prezent z blogerskiego spotkania zawsze będę wspominać z sentymentem :)
Czytaj dalej ...

czwartek, 27 listopada 2014

O dwóch takich co miłością nie zostały - Maska odbudowująca Node S Bioderma i maska do włosów kręconych z.one concept

Maski do włosów to mój konik - jak już pewnie wiecie. Moje włosy kochają dużo i dobrze zjeść :) Dziś jednak postanowiłam napisać o dwóch produktach, które nie zapewniły im tego, czego bym oczekiwała - masce odbudowującej strukturę włosa Node S od Biodermy i masce fryzjerskiej do włosów kręconych curl passion od z.one concept. Nie spodziewajcie się jednak, że wyleje na nie wiadro pomyj gdyż to nie w moim stylu. To że dla mnie okazały się być niewystarczająco dobre to nie znaczy, że komuś innemu nie przypadły do gustu. Dziś jednak poznacie mój punkt widzenia.


Zacznę od maski Biodermy Node S gdyż z dwojga mocno średniego ( żeby nie powiedzieć złego ) to ona była mocniejszym ogniwem.


Maska zamknięta jest w klasycznej, miękkiej tubie, która dobrze stoi na zakrętce. Zamknięcie na zatrzask po pewnym czasie wyrabia się i ciężko je zamknąć, szczególnie mokrymi dłońmi. Konsystencji kosmetyku na pewno nie możemy nazwać treściwą. Jest raczej kremowa, "odżywkowa" i nałożona na zbyt wilgotne włosy z pewnością z nich spłynie. Plusa daję za piękny zapach, ogólnie kosmetyki Biodermy mają bardzo przyjemne kompozycje zapachowe. Nienachalne, kremowo-roślinne i po prostu ładne.


Kosmetyk z założenia przeznaczony jest do bardzo suchych, łamliwych i zniszczonych włosów. Ma odbudowywać strukturę włosa. Cóż, zapewnienia są wysokich lotów - włos to martwy wytwór naskórka, żywa jest tylko cebulka i to co raz zostało "na długości" uszkodzone, raczej w cudowny sposób się nie sklei. Można jednak odpowiednio dbać o włosy, nawilżać, pielęgnować, a będą one wyglądały na zdrowsze. Moje włosy nie są mocno uszkodzone, ale z natury są bardzo suche i po prostu bez nałożenia odżywki, maski, olejku nie mam co marzyć o pięknej fryzurze. Ufnie więc traktowałam je maską Node S licząc, że nawilży je i odżywi.

Sugerowane przez producenta 2-3 minuty można między bajki włożyć. Ba! Ja nawet po 10 minutach nie odczuwałam jakiejkolwiek pielęgnacji. Aby poczuć, że maska działa potrzebowałam 20 minut pod foliowym czepkiem. Wtedy faktycznie włosy czerpały coś z kosmetyku - poprawiało się ich nawilżenie, wydawały się bardziej mięsiste i gładkie. Nie był to jednak efekt wow - biorąc pod uwagę lubianą przeze mnie markę i mniej lubianą cenę ( ok. 60 zł ) liczyłam na coś więcej. Nawet wydajność okazała się być dość słaba, choć tutaj akurat wiele osób pewnie by ze mną polemizowało bo przy włosach prawie do pasa kosmetyku idzie stanowczo więcej. Owszem, ale np. takiej Bioetiki potrzebowałam 1/3 w stosunku do Node S.
Powrotem do maski nie jestem zainteresowana i ogólnie ostrożniej będę podchodzić do aptecznych produktów. Dla zainteresowanych skład poniżej - może macie jakieś wskazówki co poszło nie tak?


Zdecydowanie słabszym ogniwem duetu okazała się być maska, która już z nazwy powinna być wręcz stworzona dla moich włosów - fryzjerska maska do włosów kręconych od z.one concept rozczarowała mnie tak bardzo, że na długo będę miała uraz do opisu "curly passion".


Podobnie jak Bioderma, maska z.one concept zamknięta jest w miękkiej tubie, która ma te same plusy i minusy co koleżanka wyżej.

Konsystencja maski jest bardzo lekka, raczej sklasyfikowałabym ją jako lekką odżywkę. Do szaleństwa doprowadzało mnie jej spływanie z włosów - musiałam naprawdę porządnie odciskać je w ręcznik i czekać z nałożeniem produktu, aby całość nie przeleciała mi przez palce. Zapach jest dość przyjemny, lekko owocowy, choć trąci sztucznością.


Nie będę pisać o zapewnieniach producenta, bo są one jedynie pobożnym życzeniem kręconowłosej - " głęboko nawilża, eliminuje efekt pierzenia, nadaje elastyczność, gładkość, kształt lokom, a nawet optymalizuje przechowywanie wody we włosach". Przykro mi nie w tym życiu, a przynajmniej nie na mojej czuprynie. Nie zależnie od tego czy trzymałam maskę 5 minut, 15 minut czy pół godziny - efekt i tak był mizerny. Za słabo nawilża, a co za tym idzie loki wcale nie mają ładnego kształtu, tworzy się smętny efekt siana i fryzura kompletnie nie współpracuje. Szkoda bo wiele innych produktów fryzjerskich od z.one concept naprawdę bardzo mi pasowało.

Skład maski narobił mi nadziei na dobre działanie, sporo ciekawych ekstraktów i olejków wysoko w składzie, a efekt taki mizerny.


Cena produktu to ok. 40 zł, nie jest to może zawrotna cena jak na produkt fryzjerski, ale zarówno działanie jak i bardzo niska wydajność zdecydowanie zniechęciły mnie do ponownego zakupu.

Jak tam Wasza pielęgnacja włosów na chłodne dni? Macie swoich ulubieńców?
Czytaj dalej ...

środa, 26 listopada 2014

Aż łezka się w oku kręci...

Dziś energii mam mniej niż leniwiec, ale chciałabym po prostu powiedzieć Wam "DZIĘKUJĘ". Gdy zakładałam bloga to nawet nie śniłam, że przerodzi się on w tak olbrzymią pasję. Dzięki Wam blog żyje, a ja mam coraz więcej pomysłów i coraz więcej chciałabym Wam pokazać. 


Na tą magiczną liczę 1000 czekałam bardzo cierpliwie, zawsze ceniłam sobie jakość, a nie ilość. Niezmiernie jednak się cieszę, że jest Was tutaj tak dużo. Daje mi to siłę i motywację do dalszego pisania. 
Ściskam wszystkich mocno i jeszcze raz dzięki :*
Czytaj dalej ...

poniedziałek, 24 listopada 2014

Aztecki mani z płytką do stempli D14 od Born Pretty Store

Nie pytajcie mnie ile razy robiłam podejścia do stempli... Ciągle coś mi nie wychodziło, trzeba mieć do tego trochę cierpliwości i spokojnie poczekać choćby na wyschnięcie lakieru. Ja tej cierpliwości nie miałam i ciągle wychodziły mi maszkarony. Nie poddawałam się jednak i nieustannie dokupywałam i płytki i nowe stemple ( złej baletnicy rąbek u spódnicy... ). Mam osławiony stempel typu Kand ( który jak na razie wcale się nie sprawdził, może nie do tego lakieru, który akurat miałam ), a także trzy no namy z czego pierwszy, który kupiłam również na Born Pretty Store okazał się być najlepszy. Dziś mogę się pochwalić pierwszym, w pełni udanym mani.


Do zdobienia wykorzystałam lakiery Colour Alike - Liliankę z serii wiosennej i Na jagody z serii letniej. Przyznam, ze takie holo zdobienie daje naprawdę fajny efekt :)


Płytka zaś pochodzi z Born Pretty Store - jest to konkretnie TEN model czyli D14. Wszystkie płytki, które mam z BPS są naprawdę dobrej jakości, każda dociera ofoliowana i zabezpieczona przed uszkodzeniem. Obecnie przechowuję je w etui, które oczywiście też u nich dokupiłam. Taki różowy notesik na płytki, a ile frajdy :)


Wstyd się przyznać, ale w ogóle nie powinnam zaglądać na ich stronę - prawie każda wizyta kończy się zakupami. Wiadomo są to jakieś pierdółki - płyteczka, naklejeczka, wszystko za grosze ( szczególnie w takiej cudownej, urodzinowej promocji jaką mieli ostatnio ) ale ileż można.


Ależ się rozgadałam, a miał to być post czysto zdjęciowy no więc zapraszam na efekty :)


Macie jakieś doświadczenia z płytkami? A może macie nawet swoich ulubieńców? Chłonę wiedzę jak gąbka, więc podzielcie się spostrzeżeniami :)

Czytaj dalej ...

niedziela, 23 listopada 2014

W dobrym kierunku... - trio cieni Hean Stay On 615

Jeszcze Adwent się nie zaczął, a u mnie już fioletowo :) Zarówno na paznokciach jak i na oczach. Do tego makijażu wykorzystałam trio cieni Hean stay on. Trójeczkę posiadam już od jakiegoś czasu i to w sumie nie pierwszy makijaż z jej udziałem, ale na dobre przypomniałam sobie o niej gdy z zauroczyłam się wkładami High Definition. Ostatkami sił trzymam się, aby w Dzień Darmowej Dostawy nie zrobić wielkiego napadu na ich sklep. Jeśli High Definition są jeszcze lepsze niż Stay On to padam na kolana.


Potrójna paletka cieni Hean Stay On, którą posiadam to sympatyczne fiolety z numerkiem 615. Miałam wcześniej również 601, ale wtedy jeszcze nie potrafiłam się malować matami i pozbyłam się jej.
615 to cienie perłowe, nie jest to jednak nachalna perła, ale bardziej satyna, szczególnie po dobrym rozblendowaniu.


Opakowanie jest całkiem wygodne, zakręcane i nawet noszone w kufrze na makijaże nie ulega destrukcji. Gramatura pozostaje znakiem zapytania, gdyż ani na stronie Hean, ani na opakowaniu nie ma takiej informacji. Cienie jednak używam, a nie zużywam, więc przyznam szczerze, że nie stanowi to dla mnie problemu.


Odcienie w paletce skomponowane są dość interesująco. Co prawda musimy dołożyć coś cielistego na łuk brwiowy, ale generalnie da się stworzyć cały makijaż przy pomocy jednej trójeczki.
Fiolety nie są cukierkowe. Najjaśniejszy i najciemniejszy zachwyca pigmentacją, średni jest ciut gorszy, wynika to z tego, że ma nieco bardziej pudrową konsystencję. Wielki plus za trwałość - w moim przypadku nie zbierają się w załamaniu, ani nie gasną jak to często bywa w przypadku fioletów. Po czasie robią się sine, bure i niezidentyfikowane. Tutaj pigment pozostaje nienaruszony.


Najjaśniejszy odcień jest zarazem najbardziej perłowy. Klasyczny, liliowy, świetny w letnich makijażach. Na zimę można powiedzieć, że daje mroźny efekt :D
Średni fiolet jest w rzeczywistości dość jasnym, typowym fioletem bez żadnych domieszek. Najmniej perłowy z całej trójki i niestety najsłabiej napigmentowany.
Najciemniejszy z całej trójki i zarazem najbardziej magiczny kolor to prawie metalik. W zależności od światła widać w nim czerń, szarość bądź ciemny, metaliczny fiolet. Potrafi stworzyć mroczny makijaż :)


Każdy z cieni bardzo dobrze się rozciera i łatwo blenduje. W zasadzie nie zaobserwowałam osypywania, choć średni fiolet ma mniejszą przyczepność niż skrajni bracia i zdecydowanie lepiej dać go na bazę.


Cienie w sklepie Hean kosztują 12,99 zł. Moim zdaniem cena jest naprawdę atrakcyjna jak za tą jakość i trwałość.


Macie może jakichś ulubieńców od Hean? Możecie mi coś polecić?
Czytaj dalej ...
Blog template designed by SandDBlast