Będąc na urlopie wybrałam sobie kilka rzeczy z Romwe. Fala upałów nie była jednak przyjaznym okresem na prezentowanie kurtek. Niestety wakacje dobiegają powoli końca i chłodne wieczory i poranki są coraz częstsze dlatego moje zamówienie może wreszcie wjechać na bloga :)


Na pierwszy ogień przejściowa kurteczka KLIK. Szczerze mówiąc, gdy patrzyłam na zdjęcia na stronie myślałam, że będzie nieco grubsza. 

W rzeczywistości jest cienka, bez ocieplenia. Idealnie nadaje się na pierwsze chłodne dni. Jakoś dotąd nie przepadałam za tym odcieniem zieleni, ale zwracam honor. Jest niesłychanie uniwersalny. Krój kurtki z lekka przypomina parkę. Nadaje się jednak zarówno do sportowych jak i nieco bardziej uniwersalnych stylizacji.


Bardzo wygodnie się nosi, łatwo się prasuje - no kurczę nie mam żadnych zastrzeżeń :) Dodatkowo ma wywijane rękawy, które można podpiąć więc można ją nosić także w chłodne, letnie wieczory :)
Znajdziecie ją TUTAJ.


Kolej na bluzeczkę. Czarna, szyfonowa, prześwitująca KLIK. Bardziej z myślą o pracy czy bardziej formalnych wyjściach. Do żakietu wprost idealna, dosłownie jak mgiełka. Nie ukrywam, nie jest to krój stworzony do mojej sylwetki, a przynajmniej do tych gaci, które mam na sobie :D




Bluzeczka jest zapinana na suwak, nie gniecie się wybitnie i łatwo prasuje. To akurat ten rodzaj szyfonu, który zdecydowanie daje radę. Znajdziecie ją TUTAJ.


Na deser coś jeszcze w kompletnie letnim nastroju  KLIK - neonowa, koralowa tunika. Mega mi się podobała, tym bardziej, że moje zdjęcia kompletnie nie oddały jej uroku. niestety inteligentnie kliknęłam sobie XL i wyglądam w niej jak w worku. Może na 9 miesiąc ciąży będzie kiedyś OK :) 

Najbardziej podoba mi się tył :)

I to tyle nowości, następnym razem muszę wybrać coś konkretnie jesiennego. Zbiorcze linki poniżej:

kurtka - KLIK 
tunika - KLIK
bluzka - KLIK

Wpadło Wam coś w oko? 
czytaj dalej
Cisza na blogu była wręcz porażająca. Nie ukrywam - mam mnóstwo rzeczy do opisania, wiele wizji i planów. Szkoda tylko, że chęci kompletnie mnie opuściły. Mam jednak nadzieję, że dzisiejszy post to początek nowej weny twórczej. Żeby nie przeciążać szarych komórek, które cierpią z powodu spadku ciśnienia i bólu czachy postanowiłam napisać coś lekkiego i przyjemnego. A jeśli o lekkim i przyjemnym mowa to musi być Ecolab :)


O marce pisałam już kilka razy, jestem nią totalnie zauroczona ( a rzadko dopada mnie miłość do konkretnej marki ) więc w kolejnej paczce ambasadorskiej od sklepu Kalina musiał się znaleźć peeling do ciała. Wybrałam wersję ujędrniającą bazującą soli morskiej, ale dostępne są także inne wersje, w których głównych ścierniwem jest cukier.


Klasyczne i najwygodniejsze, zakręcane opakowanie mieści 300 gram produktu. Plus za dodatkowe zabezpieczenie w postaci folii. Scrub ma przyjemny, lekko słodkawy zapach i treściwą konsystencję. Łatwo nanosi się na ciało i pozwala na długi masaż choć jeśli potrzebujecie mocnego złuszczania to proponuję stosować na suche ciało. Na wilgotnym jego właściwości są nieco łagodniejsze, dlatego na sucho stosowałam go na nogi, a na mokro np. na dekolt.


Dla mnie ujędrniający scrub z Ecolab jest świetnym odpowiednikiem górnopółkowych kosmetyków tego typu. Bardzo dobrze złuszcza martwy naskórek, wygładza i odpręża skórę. Jednocześnie nie podrażnia i nie wysusza. Pozostawia uczucie sprężystej skóry.


Warto zwrócić uwagę na skład. Poza solą morską znajdziemy w nim także masło shea, olej ze słodkich migdałów, czarnuszkę leczącą wszystko oprócz śmierci, olejek rozmarynowy, olejek anyżowy, olejek z mięty pieprzowej, olejek tymiankowy oraz olejek z szałwii.


Mały minus za wydajność - jeśli peelingujemy całe ciało to starczy na ok. 5 razy. Może u innych starczyłby na dłużej, ja po prostu w kwestii scrubów jestem bardzo hojna.


Cena jest moim zdaniem atrakcyjna - 25 zł za 300g kosmetyku, który spełnia wszystkie zapewnienia producenta. Z wielką chęcią poznam także inne scruby spod skrzydeł Ecolab. Wersję ujędrniającą kupicie w sklepie Kalina TUTAJ.

_________________________________________________________________________________

Przy okazji muszę się Wam pożalić, bo kto lepiej zrozumie mnie niż Wy? Niedzielny, leniwy poranek. Wreszcie miałam czas i wenę na zmianę koloru pazurków. Zawędrowałam ze zmywaczem do łazienki. Tam już na pralce czekało na pranko kilka pędzli. Stwierdziłam jednak, że najpierw zmyję lakier, a potem przy okazji prania pędzli trochę odmoczę skórki itd. Odkręciłam zmywacz i nie wiem jak to się stało, ale pół butelki wylało się na pralkę... Zmywacz z essence, nota bene zajebiście dobry bo rączki pędzli natychmiast zaczęły odmiękać z farby. Zanim złapałam je i wrzuciłam do umywalki, cała pralka była w farbie i całe moje dłonie. Wszystko przez to, że ten cholerny zmywacz nie ma żadnego zabezpieczenia tylko wielką dziurę! Pół biedy, że nie padło na moje najbardziej ukochane pędzle i dodatkowo tylko nieliczny procent całości ucierpiał, ale i tak jest mi mega przykro bo o każdy dbam najlepiej jak potrafię. Teraz wyglądają ohydnie. Mój narzeczony obiecał mi je pomalować, ale znając jego tempo do czasu malowania przerzucę ze 3 kolejne komplety...



No to się pożaliłam, jest mi nieco lżej... A sprzątania było co nie miara...

czytaj dalej
Dziś pierwszy raz zdałam sobie sprawę, że już niewiele ponad tydzień do końca wakacji. Słoneczko jeszcze przyjemnie grzeje, ale czuć że to grzanie jest już nieco inne. Mam to szczęście, że z okna widuję piękne zachody słońca. Powoli jednak zaczyna być widać, że góruje coraz niżej i zachodzi w innym miejscu niż jeszcze miesiąc temu. Czemu o tym piszę? Bo mam jeszcze mnóstwo letnio-wakacyjnych kosmetyków, o których nie zdążyłam napisać! Dziś padło na miętowy lakier ponieważ dawno nie było paznokciowych postów.


Kiko ma w swojej ofercie lepsze i gorsze produkty. Na cztery posiadane przeze mnie lakiery każdy spełnił oczekiwania. Dzisiejsza zielona miętka oznaczona jest numerkiem 854. Pędzelek jest dość szeroki i płaski, Bardzo wygodnie się nim pracuje dzięki czemu lakier aplikuje się absolutnie równomiernie.


Już po jednej warstwie krycie jest naprawdę dobre, po dwóch otrzymujemy idealnie gładką, nieprześwitującą taflę. Zgodnie z napisem "Quick Dry" lakier szybko schnie i łatwo się utwardza. Z trwałością również jest bardzo dobrze - u mnie 5 dni bez najmniejszego uszczerbku. 


Dlaczego uparcie tytułuję go zieloną miętą? Otóż miętą tytułuje się obecnie naprawdę wiele odcieni. Chciałam odróżnić go od tych wpadających w niebieskie tony. Tu zdecydowanie króluje zieleń - rozbielona, pastelowa i wyjątkowo delikatna.


Buteleczka mieści 10 ml lakieru, przydatność do użytku, którą gwarantuje producent to aż 3 lata, więc myślę, że jest szansa na znaczące zużycie :) Producent pomyślał także o uwzględnieniu składu - miło.


W tej chwili lakiery KIKO możemy upolować na niezłej promocji, a do tego darmowa dostawa KLIK. Ja swój egzemplarz dostałam od mojej kochanej Gosi :)


Lubicie odcienie mięty czy już Wam się znudziła? Ja przy początkowym szale omijałam ją szerokim łukiem, a teraz naprawdę lubię ;)
czytaj dalej
Do tego posta zbierałam się od kilku dni. Siadałam, otwierałam kartę i patrzyłam niczym w czarną dziurę. O tych udanych produktach pisze się lekko i z wielką chęcią, gdy jednak trafiam na kosmetyk, który nie spełnia moich oczekiwań to miewam problemy z ubraniem w słowa tego co czuję. Ten dzień musiał jednak nadejść bo jestem w pełni przekonana, że własną głupotą zrobiłam sobie krzywdę.


Duet Iwostin Sensitia zużyłam już jakiś czas temu i o ile żel był rzeczywiście bardzo dobrym produktem myjącym, o tyle krem zrobił mi na twarzy porządne spustoszenie.


Krem intensywnie nawilżający SPF20 zamknięty jest w miękkiej tubie zamykanej na zatrzask, pojemność standardowa - 50 ml. Konsystencja średnio gęsta, aksamitnie kremowa cudownie rozprowadzała się na twarzy wywołując początkowy zachwyt ( niestety zapomniałam strzelić jej fotkę ). Zapach praktycznie niewyczuwalny.


Przez pierwsze 3-4 tygodnie byłam szczerze zachwycona tym kosmetykiem. Cudownie nawilżał i zmiękczał twarz, dobrze komponował się z makijażem i dawał poczucie komfortu. Skóra nie ulegała przesuszeniu, nie była ściągnięta czy napięta. Niby sprawdzałam wcześniej skład i widziałam, że widnieje w nim coś co zawsze siało na mojej twarzy kompletne spustoszenie ( parafina ). Myślałam jednak, że dalsze miejsce w składzie i moja idealna ( na tamten czas ) cera poradzą sobie bez problemu. Och jak bardzo się myliłam!


Po ponad miesiącu stosowania zaczęłam zauważać, że z cerą dzieje się coś niedobrego. Był to dla mnie dość gorący okres i nie skupiałam się na sobie tak bardzo jak powinnam. 
W pierwszej kolejności, na nosie pojawiła się armia rozszerzonych porów z wągrami. Owszem - powiększone pory mam od zawsze, ale już od prawie 2 lat nie miałam z nimi takich problemów. Potem zaczęłam zauważać, że na linii żuchwy utworzyło się mnóstwo zaskórników zamkniętych - taka drobna kaszka, wyczuwalna po naprężeniu skóry. Zaczęło do mnie docierać, że coś ewidentnie mi nie służy. Ponieważ w mojej pielęgnacji nowością był właśnie krem Sensitia stwierdziłam, że muszę go odstawić. Szkody były już jednak nieodwracalne.
Ropne nacieki w formie guzów i wysyp pryszczy to pierwsza rzecz jaka mnie przywitała. Zamknięte zaskórniki zaczęły się zmieniać w regularne krosty. Apogeum osiągnęły w trakcie mojego urlopu. Uzbroiłam się w cierpliwość i wzięłam to na przeczekanie. Obecnie już prawie cała "kaszka" na żuchwie zniknęła, otwierają się jeszcze pojedyncze zaskórniki i nos nie jest jeszcze tak czysty jak wcześniej, ale nareszcie wracam do normalności. Z cerą walczę od ponad miesiąca i mam ochotę przywalić sobie patelnią w łeb. Widząc taki skład jak powyżej powinnam była wiedzieć, czym to się skończy...


Nie należę do złośliwych hejterów i to, że jeden kosmetyk z danej linii okazał się być niewypałem nie oznacza, że inny również nie mógł się sprawdzić. Hypoalergiczny żel do mycia twarzy i ciała Sensitia to  produkt, który spełnił moje oczekiwania. Wygodna butelka z pompką mieści aż 300 ml kosmetyku


Żel jest nieperfumowany, czyli pachnie jak wszystkie tzw. "bezzapachowe" kosmetyki. Nie są to stokrotki, ale nie ma tragedii. Konsystencja jest w sam raz gęsta, nie przelewa się przez palce, ale także nie przypomina tych mega skoncentrowanych preparatów. Jak dla mnie w sam raz.


Kosmetyk towarzyszył mi przy codziennym demakijażu twarzy. Bardzo dobrze zmywał make up, ale jednocześnie nie podrażniał i nie wysuszał twarzy, Jeśli niechcący dostał się do oka to nie powodował pieczenia. Choć nie zawierał kompozycji zapachowej to przyjemnie odświeżał cerę, szczególnie po upalnych dniach.


Teoretycznie żel przeznaczony jest również do mycia ciała, ale skoro tak dobrze sprawdzał się w roli preparatu oczyszczającego twarz to nie widziałam potrzeby marnowania go na ciało. 
Nie mogę powiedzieć, że jest to najlepszy żel do mycia twarzy jaki miałam, ale sprawdzał się bez zarzutu i mogę go śmiało polecać.

Trafił się Wam ostatnio jakiś koszmarny bubel? 

czytaj dalej
Ufff.... nareszcie odrobina ochłody. Od razu chce się żyć ( przynajmniej mi ) mam więc nadzieję, że regularne posty wrócą na bloga tym bardziej, że mam kilka ciekawych pomysłów na nowe tematy.


Dziś jednak czas na wyniki urodzinowego konkursu. Bardzo serdecznie dziękuję Wam za udział i mnóstwo życzeń. Naprawdę nie spodziewałam się aż takiej ilości zgłoszeń! Wydrukowałam sobie wszystkie odpowiedzi i rzetelnie je sprawdzałam. Część była zabawna, część wzruszająca - każde wyjątkowe i jest mi niezmiernie miło, że zechciałyście się ze mną nimi podzielić. Zwyciężczyni mogła być tym razem tylko jedna. Po długich rozmyślaniach wybrałam:


Kochana - popłakałam się ze śmiechu czytając Twoją historię. Mam nadzieję, że nagroda Cię ucieszy :) Skontaktuj się ze mną mailowo w celu ustalenia szczegółów wysyłki :)

A wszystkim Wam jeszcze raz szczerze dziękuję za udział :) To oczywiście nie pierwszy i nie ostatni konkurs więc fajnie będzie jeśli ze mną zostaniecie :)
czytaj dalej
Ostatnio trochę obiboczyłam się i notki nie pojawiały się przez kilka dni, ale przy obecnej temperaturze moje myślenie i wena pozwalały mi jedynie na oddanie się błogiej lekturze odmóżdżającej książki. Czas jednak spiąć to i owo i uporać się z zaległościami. Dzień w pracy był raczej kompletnie relaksujący - z tego miejsca pozdrawiam moje koleżanki, Madzię i Kasię, któr bardzo chciały, żebym napisała o nich na blogu :D


Ciuchy z SheIn są ze mną już od jakiegoś czasu. Ostatnia przesyłka okazała się być wybitnie trafiona, a w sukience zakochałam się po uszy. Macie tak czasami, że upodobacie sobie jakąś rzecz i najchętniej nosiłybyście ją cały czas?


Szara, dresowa sukienka podobała mi się od dawna. Przyjemna w dotyku z porządnej bawełny o idealnym kroju. Wygodna i pozwalająca skórze oddychać. Z tyłu wdzięczny rozporek. Polubiłam się z nią do tego stopnia, że najchętniej nie nosiłabym nic innego. *Zdjęcie w zbożu musiało być hehe




Kolejna sukienka to bardziej tunika i tak mam zamiar ją nosić. Do zdjęć jednak nie lubię pozować w legginsach ponieważ nie są szczególnie wdzięczną częścią garderoby. Koszmarny upał w dniu, w którym robiliśmy zdjęcie zresztą kompletnie odwiódł mnie od wszelkich prób ich założenia.


Tunika wykonana jest z cieniutkiego materiału typu szyfon, pod spodem podszewka dzięki czemu nie musimy świecić bielizną. Na karku zapinana na guziczek. Przyjemna i wygodna. Myślę, że będzie moją faworytką na jesienne dni.




Sukienka - KLIK

Tunika - KLIK

Dajcie znać czy wpadło Wam coś w oko :) 
czytaj dalej
Jakiś czas temu zaproponowano mi przetestowanie rzeczy z Dresslink. Wahałam się, bo modę traktuję bardzo okazjonalnie i bardziej w stylu pokazania Wam ciuchów z zagranicznych sklepów, a nie przygotowywania designerskich stylizacji. Z ciekawości przejrzałam jednak ofertę sklepu i zauważyłam, że mają mnóstwo akcesoriów w tym produkty do złudzenia przypominające oryginały. Jaka jest różnica? Cena :)


Od dawno podejrzewano, że pędzle RT i te popularne na ebayu typu joursna idą z jednej fabryki. Sama mam kilka pędzli Real Techniques i wcale nie jestem z nich gigantycznie zadowolona, a pędzel do różu, na który wydałam swego czasu sporą kasę leży kompletnie nieużywany. Znacie ten efekt ceny? Jak za 50 zł to się nie podoba, ale jak za piątaka to wszyscy chcą :) Dla mnie tak jest z pędzlami RT - za ich cenę wolę zdecydowanie inne marki, ale gdy na ebayu zgarnęłam ich imitację to jestem z nich zadowolona. Na Dresslink jest o tyle ciekawie, że dostajemy produkt z brandingiem, opakowaniem wyglądającym jak oryginalne i tak naprawdę wśród blogerek panuje lekka konsternacja bo nie są w stanie odróżnić podróbki od oryginału. A może to w takim razie nie jest podróbka.... A cena robi zdecydowaną różnicę.


KLIK                                 KLIK

Pierwszy zestaw przypomina Core Collection ( albo nim jest ), zerknijcie cenę na Dresslink KLIK, a w rodzimej drogerii internetowej 120 zł. Kolejny zestaw przypomina Travel Essentials, cena na Dresslink KLIK, a w rodzimej drogerii 112,00 zł.
Poniżej jeden z najpopularniejszych setów, który zresztą chciałam kiedyś zamówić na iherb i byłam już o krok: Starter Set - cena Dresslink KLIK, a u nas 105,00 zł.

Kolejną rzeczą na widok której aż zapiszczałam z radości to drzewka do suszenia pędzelków. Pamiętacie jak pisałam kiedyś o swoim Benjabelle KLIK? Większość z Was była nim zachwycona tak jak i ja, niestety cena skutecznie zniechęcała. Nie wiem jak z jakością przedstawianych niżej produktów, nie mają również spinnera do obracania, ale przyznacie, że za tą cenę KLIK KLIK warto zaryzykować?
KLIK                                   KLIK

Choć maluję raczej okazjonalnie to jakiś czas temu rozglądałam się za pasem do pędzli. Ceny przekonały mnie jednak, że osłonki z Ikei też są wygodne :) Na Dresslink znalazłam dwa ciekawe modele, większy i mniejszy. Mam wrażenie, że mniejszy wygląda porządniej. Ale może to tylko złudzenie. Myślicie, że za tą cenę KLIK KLIK warto?



KLIK                                   KLIK

Kocham wszelkie akcesoria do paznokci, szkoda, że jestem leserem w ich używaniu. Mimo wszystko chętnie skusiłabym się na kolorowe tasiemki. Z jednej strony fajnie wyglądają jako dekoracja, a z drugiej można dzięki nim wykonać modny mani z widoczną naturalną płytką KLIK :)

Płytek na Dresslink znajdziecie mnóstwo. Wszystkie duże i z rozmaitymi wzorami. Niżej wklejam pierwszą z brzega, ale myślę, że warto samemu pogrzebać KLIK KLIK


Wpadło Wam coś w oko? Jakie jest Wasze spostrzeżenie na temat RT? A może namierzyłyście inne, ciekawe akcesoria? Dajcie znać :)
czytaj dalej