poniedziałek, 1 września 2014

Jeszcze 6 zestawów kuracji Priorin Extra do wygrania - szybko, szybko :)

Pamiętacie wielką akcję testowania Priorin Extra, o której pisałam TUTAJ ? Dzięki uprzejmości firmy Bayer mam dla Was jeszcze 6 zestawów trzymiesięcznych kuracji tym suplementem. Sama jestem w połowie 3 miesiąca i efekty są naprawdę niesamowite!


Jeśli chcecie poprawić kondycję swoich włosów - ich gęstość i szybkość wzrostu to zapraszam Was pod adres http://www.wyprobujpriorinextra.pl/. Wypełnijcie ankietę i wpiszcie mój kod: TEHcjg0QJ jeśli uda Wam się zakwalifikować to zestaw trzymiesięcznej kuracji będzie Wasz od ręki :) Nic nie tracicie, a możecie tylko zyskać! :)



Zapraszam Was serdecznie, a od jutra wracam do żywych, dzisiejszy ból głowy rozłożył mnie na łopatki.
Czytaj dalej ...

niedziela, 24 sierpnia 2014

WYNIKI - Twój Skrawek Ziemi i moja obiecana odpowiedź

Prawie cały tydzień, dzień w dzień przeglądałam Wasze zgłoszenia do konkursu - czytałam analizowałam, odsiewałam, wybierałam i... od nowa. Naprawdę Wasze odpowiedzi były fantastyczne i z wielką przyjemnością przeczytałam każdą od deski do deski.


Różnorodność zgłoszeń była niesamowita - to naprawdę fajne, że potrafimy mieć tak bardzo różne marzenia. Wiele odpowiedzi zwróciło mi uwagę na miejsca, o których nie miałam wcześniej pojęcia. Bardzo dziękuję Wszystkim za wzięcie udziału w konkursie. Niestety nagroda jest tylko jedna, mam jednak nadzieję, że zostaniecie ze mną na dłużej bo to nie pierwszy i nie ostatni konkurs na blogu, w zanadrzu mam już kolejną niespodziankę.

Nie przedłużając jednak, ogłaszam, że dzisiejsza niedziela jest szczęśliwa dla:

Klaudia She-wolf

Kochana - gratuluję i doskonale rozumiem dlaczego akurat taki skrawek Ziemi byłby Twoim wymarzonym :)
Czekam na maila z danymi do wysyłki nagrody, paletka Sleek Arabian Nights czeka już na Ciebie :)

Pojawiły się też prośby o to, abym sama odpowiedziała na zadane przez siebie pytanie - jaki byłby mój wymarzony skrawek Ziemi. Spełniam więc obietnicę :)

Dla mnie wymarzony skrawek Ziemi to na pewno Polska, mimo iż kocham podróże to wiem, że nie byłabym w 100% szczęśliwa z dala od ojczyzny, rodziny i przyjaciół. Z drugiej jednak strony nie jestem specjalnie stadnym stworzeniem - cenię sobie spokój i ciszę dlatego bardzo męczy mnie życie w mieście mimo iż urodziłam się i wychowałam w zasadzie w samym jego centrum. Dla mnie idealnym miejscem do życia jest wieś. Ale w rozsądnej odległości od sąsiadów :) Dom na domie mnie nie satysfakcjonuje. Chciałabym mieszkać gdzieś w pobliżu lasu, z dala od ruchliwych dróg. Może nie w totalnej dziczy, ale tak w sam raz. 3 kilometry od mojego miasteczka jest takie miejsce i mam wielką nadzieję, że już niedługo tam zamieszkam. Blisko do miasta, blisko do szkół czy na zakupy, ale z drugiej strony cicho, spokojnie i sielsko. Ja mam takie wrażenie, ilekroć tam jestem, że czas płynie tam inaczej. Spokojniej, leniwiej. Uwielbiam kontakt z przyrodą, a tam tego nie brakuje, wychodzę za dom i widzę pola, las, a przy odrobinie szczęścia nawet jakąś sarenkę :) Podoba mi się to, że mogę usłyszeć klekot bociana, że o 7 rano sąsiad nie wierci mi dziury w ścianie, że nie wyją syreny, nie trąbią samochody, że mogę w piżamie wyjść przed dom na kawę i nikt nie popatrzy się na mnie jak na czubka bo... nikt poza rodziną mnie nie zobaczy. Z wykształcenia jestem rolnikiem, skończyłam SGGW i ten mój skrawek Ziemi to takie odwieczne marzenie. Ja naprawdę lubię grzebać w ziemi, chciałabym mieć swój ogródek, swoje warzywka, nawet wszelka pomoc w polu nie jest dla mnie problemem. Generalnie praca za biurkiem nigdy nie była moim marzeniem, zawsze lepiej czułam się na łonie natury, ale bez zbędnego tłumu. Często, gdy mówię o tym co mi się marzy to zarówno znajomi jak i część rodziny patrzy na mnie jakbym przybyła z innej planety. Nie lubię tego bo ja szanuję marzenia innych i wcale nie dziwi mnie to, że ktoś chciałby mieszkać w samym centrum Nowego Jorku - jesteśmy różni, każdy człowiek jest inny i nie ma dla mnie nic gorszego niż brak poszanowania inności. Liczę więc na zrozumienie :)

Jednocześnie życzę Wam spokojnej niedzieli, a wieczorem postaram się odpowiedzieć na wszystkie komentarze :)
Czytaj dalej ...

sobota, 23 sierpnia 2014

Niech olej będzie z Tobą! Evrēe Gold Argan

O tym, że jestem wielką fanką olejków wiecie pewnie od dawna. Najczęściej jednak lądowały one na moich włosach - sporadycznie na ciele. Kiedyś obawiałam się tego, że utłuszczę wszystko dookoła, że olejek będzie długo się wchłaniał... takie tam fanaberie :) Odkąd zaczęłam olejować włosy, zauważyłam, że wiele olejków nie tylko lepiej wchłania się niż drogeryjne balsamy, ale też nie pozostawia wybitnie tłustej czy kleistej warstwy. Klucz do sukcesu wielokrotnie tkwi proporcjach mieszanki - z wielką ciekawością zaczęłam więc stosować olejek Evrēe Gold Argan i to wszelkie możliwe sposoby, aby wybadać czy będzie dobrym zastępstwem dla innych nawilżaczy.


Gold Argan od firmy Evrēe to kosmetyk na bazie naturalnego olejku arganowego. Zamknięty jest w wygodnej, prostej butelce z zamknięciem typu press. Zwracam uwagę na to zamknięcie, ponieważ dla mnie to bardzo istotna kwestia w przypadku olejków. Bez problemu otworzymy go jednym palcem nie utłuszczając jednocześnie całej nakrętki. Jeśli jednak potrzebujemy większą ilość np. do posmarowania włosów to bez problemu odkręcimy całą nakrętkę.



Konsystencja, jak łatwo się domyśleć to olejek - niezbyt gęsty, ale i nie za rzadki. Nic nie ucieka przez palce i spokojnie możemy zaaplikować go na skórę.
Wiele osób zwraca uwagę na zapach olejku - z jednej strony świeży, ale z drugiej głęboki, ale nie duszący. Z pewnością umila aplikację, bo niestety naturalny zapach czystego olejku arganowego wcale nie należy do wybitnie przyjemnych.


Jedną z najważniejszych rzeczy, na którą zwróciłam uwagę zaraz po wzięciu kosmetyku do ręki to skład. Ja już bardzo dobrze znam pseudo "olejki", które Argan mają tylko w nazwie i na samym końcu składu, reszta zaś to silikony czy parafina. Na szczęście Gold Argan od Evrēe to miks najprawdziwszych olejków, a olej arganowy znajdziemy w składzie już na pierwszym miejscu. Za nim olejek słonecznikowy, migdałowy, winogronowy, sezamowy, ryżowy i macadamia. U mnie ten miks sprawdzał się świetnie.


Producent zaleca stosowanie olejku na trzy sposoby: na suchą skórę, na mokrą i rozgrzaną skórę oraz do masażu. Wypróbowałam wszystkie trzy sposoby, a dodatkowo ( jakżeby inaczej ) czwarty sposób, czyli olejowanie włosów. Naprawdę pod każdą postacią sprawdził się rewelacyjnie. Najczęściej towarzyszył mi na sucho - codziennie wieczorem smarowałam nim moją najbardziej przesuszoną partię ciała czyli nogi, a raz w tygodniu olejowałam włosy. Mało co działa na moje nogi tak jak olejek - faktycznie bardzo dobrze nawilża i delikatnie natłuszcza skórę, dzięki czemu nie ma mowy o łuszczeniu się.
Skóra jest gładka i miękka, ma zdrowy kolor i blask. Zupełnie nie muszę martwić się o utłuszczenie pościeli czy piżamy ponieważ olejek nałożony w rozsądnej ilości wcale nie pozostawia tłustej czy klejącej warstwy, Niektóre masła czy balsamy spisują się o wiele gorzej.
Jeśli chodzi o włosy to działanie olejku jest istną poezją - czupryna jest miękka i lśniąca, nie puszy się, a moje loki pięknie się skręcają. Mieszanka idealna. Cieszę się, że olejki podbijają nasze serca i że producenci przykładają coraz większą uwagę właśnie do tych naturalnych substancji, składy są coraz porządniejsze co nie pozostaje obojętnym nie tylko dla naszego zdrowia, ale i urody.


Za 100 ml olejku Gold Argan zapłacimy ok. 29.90 zł - warto jednak wypatrywać promocji, bo jako nowość możemy go dopaść jeszcze taniej. Moim zdaniem jest to naprawdę dobra inwestycja.
Czytaj dalej ...

wtorek, 19 sierpnia 2014

Złuszczaj się stary! PAT&RUB Stymulujący Peeling do ciała Home SPA

Czy Wy też zauważyłyście, że coraz częściej wśród znajomych, na fejsie czy na innych portalach zaczyna pojawiać się temat jesieni, choć dopiero co przeskoczyliśmy połowę sierpnia? Ja pierwszy raz poczułam ją w kościach w ubiegłym tygodniu, gdy w popołudniowym słońcu wieszałam na balkonie pranie. Wiem, że może to dziwne, ale jesień witam z uśmiechem. Uwielbiam tą prawdziwą Złotą Polską, ale gdy siąpi, wieje i chłodzi to też nie marudzę. A po jesieni przychodzi moja ukochana zima, oby była w tym roku taka prawdziwa, bo miniona przypominała mi raczej najmniej lubianą porę czyli przedwiośnie :/ Nie o porach roku jednak dane mi dziś pisać, lecz o towarzyszu, który sprawdzi się niezależnie od miesiąca :)


Stymulujący piling do ciała od PAT&RUB z linii Home SPA ( bo o nim będzie mowa ) towarzyszy mi już od kilku miesięcy. Zdarza mi się zdradzać go z innymi peelingami, ale cały czas pokornie wracam właśnie do niego. Jeśli jesteście fankami naprawdę mocnych zdzieraków to ta recenzja jest dla Was :)


Peeling Home SPA zamknięty jest w dużym, plastikowym, zakręcanym słoju. Przed pierwszym użyciem należy zerwać folię ochronną, która daje nam gwarancję, że nikt wcześniej nie dobrał się do produktu. Opakowanie jest moim zdaniem bardzo wygodne, szeroki otwór pozwala na swobodne nabieranie kosmetyku, aż do samego dna. 


Peeling jest bardzo gęsty i ma jednolitą konsystencję - nie ma charakterystycznego rozwarstwienia na drobinki i olejek, wszystko tworzy spójną całość. Zapach kosmetyku to kwestia dyskusyjna - dla mnie faktycznie świeży, wibrujący i stymulujący. Połączenie cytrusów z rozmarynem tworzy niesamowitą kompozycję, zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy jest amatorem zapachów z domieszką ziół.



Tak jak pisałam, kosmetyk można w łatwy sposób nabrać. Przed nałożeniem na ciało delikatnie rozprowadzam go w dłoniach, aby całe grudki nie spadały do wanny. Peeling rozpoczynam od nóg i przemieszczam się ku górze - zawsze na umyte i wilgotne ciało, na sucho niestety jest dla zdecydowanie za ostry. 
Moim zdaniem ten kosmetyk sprawdza się lepiej w przypadku łydek, ud i pośladków - górne partie ciała czyli ręce, dekolt czy brzuch wolę złuszczać czymś nieco delikatniejszym. Do nóg jednak nie ma drugiego takie peelingu. Drobinek jest mnóstwo, nie są bardzo ostre, ale świetnie radzą sobie ze złuszczaniem martwego naskórka. Spokojnie możemy pozwolić sobie na dłuższy masaż gdyż drobinki cukru i soli rozpuszczają się bardzo powoli.
Ponieważ całość skąpana jest w olejkach, spłukiwanie ciała zajmuje kilka chwil, jednak coś za coś - po takim peelingu wielokrotnie pomijam smarowanie się balsamem, gdyż skóra jest niesamowicie wygładzona, a jednocześnie nawilżona. Delikatny film z olejków otula ciało i nadaje mu niesamowitą miękkość. Zupełnie odwrotnie niż w przypadku peelingów ociekających parafiną. Jeśli jednak wolelibyście, żeby ciało było idealnie suche to musicie e ponownie umyć.


Na uwagę i wielkie brawa zasługuje skład - sól, cukier trzcinowy, olej słonecznikowy witamina E, olejek rozmarynowy i cytrusowe olejki eteryczne. Ciężko dopatrzeć się popularnych świństw. Wydajność jest również olbrzymia, aby wykonać peeling całego ciała wystarcza naprawdę niewielka ilość, a zważając na to, że pojemność słoiczka to aż 500 ml - śmiało mogę stwierdzić, że starczy na kilka miesięcy. 

Jedyny ból to cena regularna - za owe 500 ml zapłacimy auć - 99,00 zł. Dużo jak na jednorazowy wydatek, z drugiej strony dobry skład, pojemność, jakość, działanie, PR i reklama, a także sama jakość użytych składników - to wszystko kosztuje i musimy być tego świadomi, choć wiadomo - chciałoby się najwyższą jakość za jak najniższą cenę :) Na szczęście PAT&RUB bardzo często daje promocje na swoje produkty i wtedy możemy zgarnąć peeling w dużo korzystniejszej cenie. Ja jestem pewna, że gdy tylko trafię na promocję to z pewnością znów go kupię :)

A na koniec - dawno nie widziany Fado Fadeusz - amator kwiatów wszelkiej maści :D


Czytaj dalej ...

niedziela, 17 sierpnia 2014

"Malujesz się patykiem???" - Marokański Khol Naturalny od Maroko Sklep + Ostatnia szansa na zgarnięcie paletki Sleek Arabian Nights

Jak Wam mija weekend? Ja dziś wróciłam do żywych :) Czwartkowe popołudnie, a w zasadzie i pół nocy oraz cały piątek spędziłam na szykowaniu smakołyków na imprezkę. Jak łatwo się domyśleć sobota była ciężka... :) Dziś jednak wyspana, wypoczęta i w pełni zregenerowana przychodzę do Was z recenzją czegoś co towarzyszy mi od lat, a od kilkunastu tygodni w zmienionej formule.


21 czerwca, akurat w moje imieniny, uczestniczyłam w charytatywnym spotkaniu blogerek dla Stasia, o którym pisałam TUTAJ. Zafascynowana prezentacją kosmetyków marokańskich prowadzoną przez panią z Maroko Sklep zaczęłam układać w głowie listę produktów, które muszę wypróbować. Na pierwszym miejscu znalazł się olej z czarnuszki, który niebawem z pewnością nabędę, drugi na liście był naturalny khol. Traf chciał, że mój los z charytatywnej loterii krył właśnie paczkę cudowności od Maroko Sklep - najlepszy imieninowy prezent. Z przyjemnością zabrałam się za testowanie poduktów, w tym za naturalny marokański khol do oczu. Wcześniej przez lata używałam indyjskiego kohla w sztyfcie Kajal Genius Blue Heaven KLIK. Wiedziałam więc czego mniej więcej mogę się spodziewać, nie myślałam jednak, że sztyft pójdzie totalnie w kąt na rzecz drewnianego patyczka :)


Khol EFAS od Maroko Sklep przykuwa uwagę już swoim wyglądem, drewniany pojemniczek z dołączonym patyczkiem stanowiącym zatyczkę, a jednocześnie aplikator. Stąd tytuł posta - nie ukrywam, ze mój mężczyzna był dość zdziwiony widząc, że stoi obok mnie cała gromada pędzli, a ja maluję się patykiem... :) Sama aplikacja, po kilku dniach treningu staje się bardzo łatwa. Z dołączonej buteleczki zawierającej proszek przesypujemy niewielką ilość do drewnianego pojemniczka. Zamykamy, zanurzamy patyczek i już możemy działać.


Początkowo zdziwił mnie odcień kosmetyku. Spodziewałam się smolistej czerni, a otrzymałam grafit, który zawiera malutkie srebrne drobinki. Grafit pozwala na delikatniejsze podkreślenie oka, nadal nadając mu głębię. Podobno khol ma nie tylko działanie upiększające, ale i łagodzi podrażnienia, a także wspomaga leczenie np. zapalenia spojówek. Nie jestem w stanie tego potwierdzić, ale zauważyłam, że khol faktycznie ma działanie kojące i chłodzące oko. Niweluje drobne zaczerwienienia i sprawia, że białko oka wydaje się bielsze.


Osobiście khol stosuję jedynie na dolną i górną linię wodną oka, po prostu nie umiem zrezygnować z tej linii bo mam bardzo duże oczy i ciemna kreska wewnątrz nadaje im nie tylko głębi, ale i podkreśla kształt. Nawet jeśli odrobina proszku dostanie nam się bezpośrednio do oka to nie ma mowy o żadnym podrażnieniu, wystarczy chwilę pomrugać i dyskomfort znika.
To na co należy zwrócić uwagę to trwałość - u mnie trzyma się mniej więcej 10-12 godzin, gaśnie równomiernie, nie zbiera się w kącikach, nie rozmazuje na dolnej powiece. Po prostu z biegiem czasu blednie.


Skład kosmetyku to sama natura, trzeba jednak pamiętać, że składniki naturalne mogą zdecydowanie bardziej uczulać niż te syntetyczne dlatego warto zrobić próbę uczuleniową. Ja mam to szczęście, że naturalne składniki toleruję bez żadnych problemów.


Wydajność jest oszałamiająca, mimo codziennego używania naprawdę ciężko zobaczyć ubytek.

Za 45 gramów kosmetyku zapłacimy na stronie Maroko Sklep 18,83 zł. Moim zdaniem cena jest naprawdę atrakcyjna, a kosmetyk docenią osoby, które tak jak ja lubią makijaż w stylu krajów Bliskiego Wschodu, Afryki Północnej czy Indii :)

 A na koniec mała przypominajka - dziś ostatni dzień na wzięcie udziału w konkursie - do wygrania świeżutka, pachnąca nowością paletka Sleek Arabian Nights. Szczegóły TUTAJ  lub po kliknięciu w zdjątko poniżej :)


Czytaj dalej ...
Blog template designed by SandDBlast