Całe wieki nie było u mnie recenzji zapachowych. Aż dziw, bo nie dość, że uzbierałam już całe pudło jeszcze nie palonych wosków, to systematycznie dokupuję nowości. Gdy tylko usłyszałam o kolekcji Grand Baazar wiedziałam, że muszę ją mieć. Uwielbiam orientalne klimaty zarówno w makijażu, ubiorze jak i w zapachach. Zupełnie nie rozumiem dlaczego producent zakwalifikował ją do kategorii "rześkie". Dla mnie jest to typowo upajająca, intensywna i wręcz odurzająca kolekcja, która podobnie jak Cafe Culture nijak wpisuje się w wiosenne klimaty. Na pierwszy ogień pójdzie dziś wosk Oud Oasis. Ciekawe co to oud? Odsyłam Was do wikipedii, a ja zapraszam na recenzję :D


Miałam ciężki orzech do zgryzienia przygotowując ten post. Producent opisuje wosk jako aromat kadzidła. Może mój nos jest jakiś dziwny, ale ja tam akurat nie wyczuwam ani krzty kadzidła...
Zapach jest tak wielowymiarowy, że można go dzielić niczym perfumy na nutę głowy, nutę serca i nutę bazy. Wąchając przez folię nie wyczuwałam nic konkretnego. Po rozpaleniu, w pierwszej kolejności uderzyła mnie niesłychana słodycz. Otulająca, ciepła, ale nie mdląca. Niczym bakalie skąpane w miodzie. Po chwili jednak dotarła do mnie ciężka, perfumeryjna nuta paczuli. która wbrew pozorom idealnie przełamuje słodkie tony. Może to dziwnie zabrzmi, ale ten zapach ma w sobie coś z kolekcji Halloweenowej :)


Mój wosk pochodzi ze sklepu Goodies.pl, cena to 7 zł. Jeśli arabskie klimaty to coś w Waszym guście to koniecznie spróbujcie, fajny sposób na nadchodzące upalne noce :)



czytaj dalej
Testowanie serum do rzęs od Diadem Cosmetics przypadła na okres totalnego buntu moich rzęs. Były zwichrzone, kompletnie się nie układały, a do tego zaczęły wypadać na potęgę. Miałam wdrożyć kurację olejkiem rycynowym, ale na szczęście dotarło do mnie rzeczone serum. Z wielkim zapałem zabrałam się za wspomagania moich biedulek. Czy po niespełna 3 miesiącach zauważyłam jakąś poprawę?


Klasyczne opakowanie, typowe dla większości maskar mieści 10 ml kosmetyku. Żelowa konsystencja jest bardzo wydajna i spokojnie wystarczy na kilka miesięcy kuracji. Całość opakowana w kartonik, z którego dowiemy się m.in. o właściwościach i składzie.


Szczoteczka jest idealnie dopasowana do tego typu produktu. Bardzo gęsta, mięsista, nabiera idealną porcję serum i dokładnie pokrywa każdą rzęsę. 


Samo działanie jest całkiem pozytywne. Nie spodziewałam się spektakularnego efektu i takiego też nie otrzymałam. Rzęsy jednak przestały wypadać, stały się lśniące, elastyczne i ciemniejsze. Dodatkowo pięknie się uniosły i nabrały kształtu. Różnica stała się zauważalna gołym okiem. Muszę przyznać, że jak na tak niepozorny produkt efekty i tak są lepsze niż się spodziewałam.


Skład serum jest moim zdaniem naprawdę niezły - na samym początku składu mamy wodę, glicerynę, kolagen i elastynę. Dalej panthenol i proteiny jedwabiu.


Za 10 ml kosmetyku zapłacimy jedynie 16,90 TUTAJ, a dodatkowo mamy okazję wesprzeć akcję 2H ( dwie godziny ), dzięki której finansowana jest edukacji kobiet z krajów Trzeciego Świata. Więcej informacji o akcji znajdziecie TUTAJ. Naprawdę warto dać coś od siebie.

czytaj dalej
W kwestii pielęgnacji ciała bywam leserem... Być może wynika to z faktu, że ciężko znaleźć mi kosmetyk, który będzie w 100% spełniał moje oczekiwania. Moje nogi kochają konkretne odżywienie, od pasa w górę zaś bardziej mi po drodze z lekkimi mleczkami i lotionami. Nie cierpię klejących formuł, które nie wchłaniają się, a z biegiem czasu coraz bardziej wyłażą na powierzchnię skóry. Z tego względu do masła od Flosleku Karite & Olej Babassu podchodziłam bardzo ostrożnie obawiając się czy nie będzie dla mnie zbyt ciężkie. Teraz już usycham z tęsknoty... dosłownie i w przenośni :)



Sympatyczny i wygodny plastikowy słoiczek mieści 240 ml produktu. Poza nakrętką, chroniony jest przez dodatkową plastikową nakładkę. Całość zapakowana w ofoliowany kartonik - dzięki temu mamy pewność, że nikt nie macał kosmetyku przed nami. Wiecie, że mam lekkiego fioła na tym punkcie... Nie wiem jak inne warianty masła, ale moja wersja z karite i olejem babassu ma fenomenalną konsystencję. Z jednej strony gęsta, przypominająca puszyste masło - z drugiej zaś cudownie otulająca i aksamitna. Choć maseł używam zazwyczaj jedynie na nogi to ten produkt akurat zdawał egzamin na każdej partii ciała. Zapach przyjemny - słodko, świeży, ale nie nachalny.



Tak jak pisałam, przede wszystkim urzekła mnie konsystencja. Gęsta, treściwa, a jednocześnie szybko wchłaniająca się. Masło bardzo intensywnie nawilża nawet mocno przesuszoną skórę. Wygładza i nadaje zdrowy blask. Już chwilę po nałożeniu możemy zakładać ciuchy - nic się nie klei, ani nie brudzi. Film ochronny, który pozostaje na ciele jest subtelny i delikatny. Optycznie upiększa skórę, ale nie jest tłusty. 


Masło Floslek Karite & Olej Babassu mogę pochwalić za długofalowe działanie. Nie jest to tylko taka powierzchowna "gładź" od mycia do mycia. Trafiłam ostatnio na bardzo wiele tego typu kosmetyków, które mocno mnie rozczarowały. Od pielęgnacji oczekuję poprawienia stanu skóry i utrzymywania go w dobrej kondycji nawet gdy zdarzy mi się ominąć którąś aplikację. Ten produkt zdecydowanie spełnił te wymagania. 


Skład masła to nie sama natura, ale sądzę, że nie jest źle.


Za 240 ml masła zapłacimy ok. 25 zł. Uważam, że cena jest adekwatna do działania kosmetyku.

Znacie może masła Floslek? Możecie polecić inny wariant? Mnie standardowo kuszą kosmetyki do zadań specjalnych czyli linia Slimline, ale przyznacie, że na nadchodzący sezon, masło Truskawka&Poziomka brzmi smakowicie? :D
czytaj dalej
To, że mam hopla na punkcie pędzli wie już większość mojego otoczenia. Systematycznie dokupuję kolejne egzemplarze i ciągle mi mało. Prym w mojej kolekcji wiodą pędzle do podkładu. Po pierwsze - jeśli zdarza mi się malować jednego dnia kilka kobiet to dla każdej mam świeży pędzel, po drugie - sama lubię mieć pewność, że nawet gdy przez cały tydzień nie będę miała czasu na pranie pędzli to i tak codziennie sięgnę po czysty ponieważ nie wyobrażam sobie używać przez kilka dni jednego, brudnego egzemplarza - fuj! Gdy więc otrzymałam propozycję przetestowania wybranych pozycji z asortymentu sklepu Ladymakeup wybór był oczywisty - pędzel! Zdecydowałam się na osławioną Sigmę F80. Czy zachwyty nad marką i jakością rzeczywiście są uzasadnione?


Pędzel dociera do nas w zwykłej, przezroczystej folii. Nie mamy osłonki na włosie, że już o kosmetyczce jak u Zoevy nie wspomnę. Cóż... taka strategia firmy.
Trzonek wykonany z lakierowanego drewna ma idealną długość i wygodnie leży w dłoni. Może to błahostka, ale zbyt grube czy za długie trzonki naprawdę bywają męczące.
Niklowana skuwka posiada grawer z logo firmy oraz informację z numerem patentu.
Rzecz najważniejsza - włosie. Nie ukrywam, pierwsze wrażenie jakie wywarł na mnie pędzel to drwiący uśmieszek z napisu "made in china". Pomiziałam chwilę po pędzlu i stwierdziłam, że moja piątka pędzli Jessup kupionych na ebayu za łączną kwotę nie przekraczającą 40 zł musiała wyjść z tej samej fabryki...Wystarczyła jednak pierwsza aplikacja i pierwsze mycie pędzla, aby uderzyć się w piersi i odszczekać to, co się powiedziało.


Przede wszystkim pędzel charakteryzuje się niezwykle miękkim, dosłownie aksamitnym włosiem. Pojedyncze włoski są bardzo cienkie dzięki temu mimo swojej mięsistości, nie jest twardy czy zbity. Miałam do czynienia z różnymi markami: od tanich z ebaya przez Hakuro, Maestro czy Real Techniques ( Zoevy do twarzy nie miałam ), na ich tle Sigma wypada nieporównywalnie lepiej. Pędzel Flat Kabuki rozprowadza podkład w wyjątkowy sposób, tworząc mgiełkę, woal, który można stopniować. Nawet bez metody stemplowania nie pozostawia smug, cera z nałożonym pokładem wygląda zdrowo i naturalnie. Najlepsze określenie dla tego stanu pochodzi a angielszczyzny czyli "flawless". Zabawniej mówiąc "jedwabiście" jak w Nie zaczynaj z fryzjerem :)


Ważnym aspektem jest dla mnie również mycie pędzli. Te z Jessup czyszczą się bardzo ciężko mimo iż wspomagam się "jeżykiem-rękawicą". Sigma daje się uprać w oka mgnieniu. Nie trzeba się nad nim znęcać - włosie szybko oddaje nawet ciężkie podkłady o wodoodpornej formule.


Trochę wstydzę się moich początkowych drwin z pędzla F80 - były zupełnie niezasłużone. Pędzel ten jest naprawdę najwyższej jakości, używany i prany przeze mnie prawie codziennie, stosowany z ciężkimi podkładami, generalnie intensywnie eksploatowany nie zmienił swoich właściwości ani odrobinę. Włoski nie wypadają, kształt i miękkość nadal te same. Uważam, że jest wart swojej ceny, a nie jest ona najniższa... Sigma Flat Kabuki F80 kupimy w sklepie Ladymakeup za niespełna 90 zł. Sądzę jednak, że jest to inwestycja, która się zwraca nie tylko w przypadku osób, które profesjonalnie zajmują się wizażem, ale tylko w przypadku normalnego, domowego użytku.

Znacie może pędzle marki Sigma? A może macie swoich innych ulubieńców?
czytaj dalej
Jak co roku, wiosna jest dla mnie porą intensywnego dbania o stopy. Nie oznacza to, że inne pory roku oznaczają pielęgnacyjną posuchę - wręcz przeciwnie, moje "olbrzymie" trollowe raciczki w szalonym rozmiarze 35 są jedną z najbardziej wymagających części ciała i dbam o nie nieustannie. Wiosną jednak przykładam się do tego w szczególny sposób, aby pierwszy upał nie zastał mnie w kozakach :)


Ponad dwa lata temu wpadła mi w łapki świetna sól do stóp przeciwko odparzeniom i pieczeniu od BingoSpa. Pisałam o niej TUTAJ. Od tamtego czasu towarzyszy mi cały czas i muszę przyznać, że moje stopy zdecydowanie lepiej znoszą dzięki niej zimę, nigdy nie powrócił problem z odparzeniami.


Żadne inne kolorowe i pachnące sole do stóp nie mogą się z nią równać. Przeraziłam się jednak, gdy zdecydowałam się na wypróbowanie "zapasu" nie zaś pełnowymiarowego produktu w pojemniku.


Producent zmienił nieznacznie skład i kolor kosmetyku. Na całe szczęście jednak działanie pozostało. Ciekawych odsyłam do notki, którą podałam w linku wyżej.


Za 150g saszetkę zapłacimy w sklepie BingoSpa dokładnie 6 zł :) Przy dobrych wiatrach jeszcze trafi się promocja. 


Gwoździem dzisiejszego programu będzie silnie złuszczający preparat do stóp z 50% kwasami AHA. Jeśli żadne peelingi do stóp nie zdają u Was egzaminu to warto zainteresować się właśnie tym produktem. Dlaczego?

Plastikowy, zakręcany pojemnik mieści 600 g produktu. Na pierwszy rzut oka można pomyśleć, że to zwykła sól z odrobiną zapachu - nota bene, bardzo przyjemnego zapachu. Szybko jednak okazuje się, że formuła jest o wiele bardziej złożona. W kontakcie z wilgotną skórą tworzy się pasta, która dobrze pokrywa stopy - nie spływa i nie osypuje się.


Preparat stosowałam początkowo codziennie, po tygodniu przeszłam na stosowanie 3 razy w tygodniu. Obecnie, w zależności od potrzeb stosuję 1-2 razy w tygodniu i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że moje stopy są gotowe na sandałki. Drobinki nie są ostre, nie kaleczą i nie drapią nadmiernie. Mimo to, dzięki swojej olbrzymiej koncentracji działają niczym mikrodermabrazja do stóp.

5 minutowy masaż intensywnie wygładza, z każdą kolejną aplikacją stopy stają się delikatniejsze w dotyku, zgrubienia i zrogowacenia znikają, a skóra zyskuje zdrowy koloryt. Dodatkowo odczuwamy cudowne rozluźnienie i odprężenie. Wszelkie kosmetyki pielęgnacyjne ( kremy, balsamy ) wchłaniają się w tempie ekspresowym. Wiem, że ciężko uwierzyć w takie zachwyty, samej ciężko było mi uwierzyć tym bardziej, że peelingi do stóp nigdy nie zdawały u mnie egzaminu. W tym konkretnym przypadku połączenie peelingu mechanicznego z mocą kwasów owocowych okazało się strzałem w dziesiątkę.


Cena 600 g kosmetyku to 23,90 zł do kupienia w sklepie BingoSpa

Jeśli problemy ze stopami nie są Wam obce to szczerze polecam oba produktu. Myślę, że nie będziecie zawiedzeni :)

czytaj dalej
Do niedawna olejki towarzyszyły mi jedynie w pielęgnacji włosów. Od pewnego czasu jednak coraz częściej stosuję je na twarz. Nie każdy jednak pasuje mi tak samo - co jest zresztą oczywiste. O olejku z orzecha laskowego słyszałam już dawno, w końcu wpadł w moje łapki - czy był wart poznania?


To co przede wszystkim kusiło mnie w tym konkretnym olejku to zapach pieczonych orzechów. Niestety już na wstępie się rozczarowałam. Olejek od BingoSpa jest kompletnie bezzapachowy. Z jednej strony to może i lepiej, bo wiele innych, naturalnych olejków po prostu śmierdzi :)


Moja buteleczka mieści 30 ml produktu. Szeroki otwór nie jest szczególnie wygodny w użytkowaniu, tym bardziej, że olejek ma dość rzadką, przezroczystą konsystencję. Warto jednak odrobinę się wysilić ponieważ jego działanie naprawdę rekompensuje techniczne niedogodności.



Olejek stosowałam przede wszystkim na twarz, dwa razy zdarzyło mi się nałożyć go na włosy jednak z racji na niewielką pojemność darowałam sobie ten zabieg, choć muszę przyznać, że na włosy działał bardzo pozytywnie.
Zacznę od tego, że to orzechowe maleństwo rewelacyjnie się wchłania. Film, jaki pozostawia na skórze jest prawie niewyczuwalny. Idealnie sprawdza się w olejowej metodzie aplikacji podkładu ( ale o tym innym razem ). Uważam, że to bardzo dobry olejek dla początkujących - z pewnością nie zrażą się tłustością czy ciężkością. To zdecydowanie jeden z najlżejszych olejków jaki miałam okazję używać.
Według moich informacji, produkt ten świetnie sprawdza się na skórze wrażliwej, naczynkowej i tłustej. Mnie pomógł w okresie naprawdę ciężkiego przesuszenia i odwodnienia cery. Skóra dosłownie pękała na mojej twarzy. Stres i zaniedbanie regularnych maseczek bardzo niekorzystnie odbiły się na jej stanie. Olejek była dla mnie ostatnią deską ratunku o to właśnie on w dużej mierze doprowadził do poprawy. Stosowany codziennie wieczorem intensywnie nawilżał cerę i uzupełnił braki lipidów, ale także odblokował pory, wygładził cerę i poprawił jej koloryt. Nie jest to oczywiście jedyny słuszny olejek do pielęgnacji twarzy - uważam jednak, że zdecydowanie za mało się o nim mówi. Grzebiąc w internecie natrafiłam na wiele pozytywnych opinii, myślę więc, że nie jestem odosobniona w swoich zachwytach :)


Za 30 ml olejku zapłacimy w sklepie BingoSpa 20 zł KILK. Biorąc pod uwagę, że jest to naprawdę wydajny produkt, a jego działanie przebija większość znanych mi kremów do twarzy to jest to jak najbardziej adekwatna cena.

Miałyście może do czynienia z olejek z orzecha laskowego? A może jakiś inny jest Waszym szczególnym ulubieńcem?

czytaj dalej