czwartek, 24 lipca 2014

>>>KONKURS<<< " Twój skrawek Ziemi " - Wygraj paletę Sleek Arabian Nights na 2 urodziny bloga :)

Ciężko mi w to uwierzyć, ale minęły już dwa lata od kiedy prowadzę blog na blogspocie, generalnie zaczynałam w 2008 roku, kiedy blogowanie nie było jeszcze tak popularne, a ja prowadziłam stronę w jakimś mało poczytnym serwisie. 2 lata na blogspocie nie tylko pozwoliły mi rozwinąć skrzydła, ale także stały się okazją do nawiązania wielu cudownych znajomości, spotkania świetnych blogerek i blogerów, którzy tak jak ja kochają urodę i kosmetyki, a także poznania niesamowitych czytelniczek i czytelników, którzy wpadają na mojego bloga dla czystej rozrywki :) Wiele znajomości przeniosło się ze świata wirtualnego również na ten realny :) Nie sposób nie wspomnieć tu o Gosi i Ani - każda z Was wie za co jej dziękuję :*
Cieszę się, że wytrwałam w swojej blogowej pasji choć były wzloty i upadki, przypływy weny i kompletne odpływy sił. Mam jednak wielką nadzieję, że kolejny rok będzie okazją do jeszcze większego starania o najlepszą jakość recenzji - tak, aby każdy mógł znaleźć coś dla siebie :)



Z okazji 2 urodzin bloga wraz z drogerią cocolita.pl przygotowaliśmy gorrrący upominek - najnowszą, limitowaną paletę Sleek Arabian Nights. Ja swój egzemplarz też już kupiłam - gdy tylko dowiedziałam się, że paletka ma ujrzeć światło dzienne to wiedziałam, że będzie moja! Kocham klimaty Bliskiego Wschodu i już dla samej nazwy ją chciałam :) Tak sobie pomyślałam, że będzie to myśl przewodnia konkursu - szczegóły poniżej :)



Zasady konkursu:

  • Bądź publicznym obserwatorem mojego bloga KLIK lub polub mój fanpage na facebooku KLIK
  • Polub profil cocolita.pl na facebooku KLIK
  • Wypełnij formularz konkursowy i odpowiedz na pytanie " Twój skrawek Ziemi - wymarzone miejsce, w którym chciałbyś/chciałabyś zamieszkać, gdzie i dlaczego? " Wszystkie chwyty dozwolone, nawet jeśli aktualne miejsce zamieszkania jest Twoim rajem na Ziemi :)
  • Jeśli masz ochotę to udostępnij info o konkursie na swoim blogu lub na facebooku, ale nie jest to warunek konieczny, będzie mi po prostu miło :)
  • w komentarzu pod postem konkursowym potwierdź udział w konkursie, aby żadne zgłoszenie się nie zgubiło :)
  • Konkurs trwa od 24 lipca 2014 roku do 17 sierpnia 2014 roku do godziny 23.59
  • Laureat zostanie wybrany w przeciągu 10 dni od zakończenia konkursu
  • O wygranej poinformuję na łamach bloga i na facebooku więc radzę śledzić wieści :)
  • Pełen regulamin konkursu znajdziecie klikając TUTAJ



Już nie mogę doczekać się Waszych odpowiedzi, zawsze są dla mnie źródłem inspiracji!!!
Bawcie się dobrze :)




Czytaj dalej ...

środa, 23 lipca 2014

Baza doskonała, która bazą nie jest - MAC Paint Pot Painterly

Ten kto raz poznał moc bazy pod cienie, ten już nigdy nie będzie chciał z niej zrezygnować... Tak mi się przynajmniej wdaje obserwując moje koleżanki :) Jedna zgarnęła ode mnie bazę Hean i jest zadowolona, drugiej poleciłam Art Deco i też jest przeszczęśliwa. Ja sama przerobiłam już różne bazy i w zasadzie z każdej byłam zadowolona w stopniu mniejszym lub większym. Jedne świetnie radziły sobie z suchymi cieniami, drugie sprawdzały się w przypadku cieni o bardziej kremowej konsystencji. Żadna jednak nie wywołała u mnie tylu zachwytów co... cień w kremie z MAC. Nie mam zafiksowania na marki i nie miękną mi kolana na widok czarnych opakowań, ale tym razem zostałam rzucona na kolana i pierwszy raz od dawna nie mam ochoty rozglądać się za inną bazą.


Paint Poty od MAC występują w różnych kolorach, gama nie jest może szczególnie rozbudowana, ale można dopasować sobie podstawowe odcienie. Ja dostałam od mojej przyjaciółki z Niemiec odcień Painterly - delikatny, chłodny beż, który kryje powiekę jednolitym kolorem. Dla mnie kolor idealny, dla babeczek, które malowałam ciut za ciemny, ale przecież i tak był przykrywany cieniami :) Generalnie naprawdę świetnie dopasowany kolorystyczne do roli bazy, a jak radzi sobie od strony technicznej?


Produkt trafia do nas w czarnym kartoniku, w środku szklany, płaski słoiczek z czarną nakrętką. Klasyka.
Po odkręceniu słoiczka ukazuje nam się idealna tafla kosmetyku, napełnionego po sam brzeg słoiczka. Szeroki otwór ułatwi aplikację tym, którzy lubią bazę nakładać palcami. Cóż - u siebie też lubię, jednak dla zachowania pełnej higieny, nabieram ją ze słoiczka pędzelkiem.


Kosmetyk ma idealnie kremową konsystencję - ani za suchą, ani zbyt mokrą.Cudownie rozprowadza się na powiece i pozwala sobą pracować przez chwilę, aby dobrze stopić się ze skórą. Miałam już bazy, które albo ekspresowo zasychały ( zanim zdążyłam je dobrze rozprowadzić ), albo wcale nie chciały zaschnąć, nieestetycznie wbijając się w zmarszczki na powiekach. Tutaj nie ma przegięcia ani w jedną, ani w drugą stronę.


Praca cieniami na tak przygotowanej powiece to czysta przyjemność. Zarówno te lepsze jak i te ciut gorsze cienie bardzo dobrze się na niej rozprowadzają, ślicznie łączą i łatwo blendują. Można dokładać kolejne warstwy i "wpracowywać" je w powiekę, bez obawy o nieestetyczne plamy czy wałkowanie się produktu. Podbicie pigmentacji jest podobne jak w przypadku innych baz, czasami cienie, które normalnie są bez wyrazu, na bazie dostają drugie życie.


Kwestia najważniejsza - trwałość!!! W moim przypadku makijaż zrobiony późnym popołudniem wytrzymał do rana bez najmniejszego szwanku. Nic a nic nie musiałam poprawiać, rozcierać, nawet odrobina nie zebrała się w załamaniu powieki. W przypadku innych baz, po tylu godzinach też było OK jednak gdy bliżej się przyjrzałam, pewne zmęczenie powieki dawało już o sobie znać.


Naprawdę nie spodziewałam się, że ten kosmetyk okaże się być u mnie aż takim hitem. Początkowo wręcz zastanawiałam się, czy cień w kremie zamiast tradycyjnej bazy poradzi sobie z udawaniem jej. Okazało się, że nie tylko sobie poradził, ale wręcz ją przebił.


Za 5 g kosmetyku, który dzięki swojej konsystencji jest naprawdę niesłychanie wydajny zapłacimy 80 zł. Tak, wiem - są tańsze bazy i też się sprawdzają, nie neguję tego bo sama ich używam i jestem zadowolona. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że patrzę na całość z bardziej profesjonalnego punktu widzenia to śmiało mogę stwierdzić, że widzę różnicę z korzyścią dla MACa. Jeśli do tej pory wahałyście się czy warto to z czystym sercem muszę przyznać, że naprawdę warto.
Czytaj dalej ...

wtorek, 22 lipca 2014

Pogromca upału - tonizujący płyn oczarowy o zapachu kwiatu pomarańczy Fitomed

Ponieważ moje zaległości w recenzjach sięgają już dwóch żeli pod prysznic, dwóch kremów, dwóch tonikó i Bóg jeden wie ilu jeszcze produktów, a moja mobilizacja do działania wreszcie osiągnęła dobry poziom, więc możecie się spodziewać nawału pielęgnacji przeplatanej kolorówką, a w szczególności cudownymi lakierasami :)


Dziś post na czasie - żar leje się z nieba, a ja tęsknię za płynem oczarowym od Fitomedu, który zdążyłam niedawno zużyć. Początkowo nie byłam do niego nadzwyczaj pozytywnie nastawiona, ale z biegiem czasu bardzo się polubiliśmy.


Płyn oczarowy o zapachu kwiatu pomarańczy zamknięty jest w wygodnej, plastikowej butelce z atomizerem. Psikacz działa sprawnie, nie zacina się i pozwala na dowolną aplikację kosmetyku. Ja zazwyczaj spryskiwałam nim płatek kosmetyczny ( siła przyzwyczajenia ), ale zdarzało mi się również, szczególnie w upalne dni, odświeżać nim twarz w ciągu dnia i w tej kwestii nie ustępował wcale popularnym wodom termalnym, które obecnie goszczą w mojej kosmetyczce.


Zapach kosmetyku raczej nie jest 100% kwiatem pomarańczy, mocno przebija aromat oczaru. Mi akurat on nie przeszkadza, ale jest to specyficzny zapach i wiem, że nie każdemu może przypaść do gustu.


Konsystencję z czystym sumieniem pomijam, nie powiem jednak, że " typowa dla toników" - koniec z używaniem tego sformułowania, bo obecnie używam toniku z Sylveco, który ma postać żelu o_O - płyn tonizujący z Fitomedu, jak sama nazwa wskazuje, jest jednak typowo wodnisty.

Przez ostatnie miesiące traktowałam go jak typowy tonik - rano i wieczorem, po demakijażu przemywałam nim buźkę, ale również odświeżałam twarz w ciągu dnia. Jakie są moje spostrzeżenia?
Przede wszystkim jest niesłychanie wydajny, moim zdaniem forma sprayu pozwala na zdecydowanie mniejsze dozowanie produktu. Dam płyn faktycznie dobrze tonizuje i koi skórę. Z założenia przeznaczony jest do skóry tłustej i mieszanej - pomaga regulować produkcję sebum, delikatnie wygładza i obkurcza pory. Skóra jest po nim miękka i chłodna - nie wzmaga podrażnień i nie powoduje ich. Nawet w okolicy oczu sprawdza się nad wyraz delikatnie.
Moim zdaniem bardzo dobrze przygotowuje twarz do dalszych zabiegów.
Do tych wszystkich plusów dorzucić muszę również "lajka" za skład - prosty i skuteczny. Bez udziwnień - moim zdaniem wystarczający jak dla tego typu produktu.


Ja jestem naprawdę zadowolona z tego płynu, a po przerobieniu naprawdę olbrzymiej ilości toników, wiem, że do tego z pewnością w przyszłości wrócę.

Za 200 ml kosmetyku zapłacimy ok. 12 zł - warto szukać w aptekach, sklepach zielarskich bądź bezpośrednio w sklepie internetowym KLIK. Jeśli wybralibyście ten ostatni to od razu skuście się na któryś z kremów serii " Mój krem " - są naprawdę warte uwagi :)
Czytaj dalej ...

poniedziałek, 21 lipca 2014

W zapachowym raju z woskami Craft'n'Beauty

Jak już niektórzy z Was wiedzą, zapachy nie są moją najmocniejszą stroną, ich opisy nastręczają mi nie lada trudności. Czasami jednak trafia się coś tak wyjątkowego, że koniecznie chce się o tym napisać. Tak jest w przypadku cudowności spod ręki Smykusmyka i Cosmefreak czyli Craft'n'Beauty. Gdy tylko dowiedziałam się, że znajome blogerki rozkręcają własny biznes, strasznie chciałam poznać ich dzieła. Wybór dwukrotnie padł na woski - nie jestem jakąś specjalistką w tej dziedzinie, ale partia Yankee Candle rozbudziła moją ochotę na otulanie zapachami mieszkania.


Woski Craft'n'Beauty okazały się być nie lada konkurencją dla YC, a mój facet polubił je do tego stopnia, że kolejna partia zamawiana była właśnie na jego życzenie. Myślę, że pod wieloma względami biją YC na głowę.

Najpierw kilka spraw od strony technicznej, a potem mała podróż przez zapachową ofertę.

Woski Craft'n'Beauty o różnych kształtach wytwarzane są ręcznie z oleju palmowego, otrzymujemy je zapakowane w przezroczyste folijki z wielokrotnym zamknięciem. Dzięki temu możemy ułamać tylko kawałek wybranego egzemplarza.
Na każdej torebeczce umieszczone jest logo i nazwa zapachu.

Woski łatwo dają skruszyć się w palcach, a boski zapach unosi się już po otwarciu torebki. Aromaty są naprawdę długotrwałe - w przypadku Yankee Candle mam wrażenie, że jest taki wielki bum aromatu, a potem nic. Z Craft'nBeauty jest inaczej - zapach od początku utrzymuje się na dość równomiernym poziomie i trwa bardzo długo. Gdy wieczorem palę woski, a następnego dnia po południu wracam z pracy to po otwarciu drzwi wyczuwam jeszcze snującą się mgiełkę.

Opróżnianie kominka nie nastręcza trudności - delikatnie podważam nożem i odskakuje cały roztopiony placuszek wosku - warto dodać, że cały czas mocno pachnący :)

Jakość, trwałość i bogactwo zapachów są podstawowymi atutami wosków Craft'n'Beauty. Za ok. 20 gramowy wosk zapłacimy tylko 5,15 zł - do kupienia na DaWandzie.

Moja kolekcja wosków Craft'n'Beauty:

Kaszmir " zmysłowa, egzotyczna mieszanka szafranu, ziela angielskiego, kwiatów białego pieprzu na bazie zapachu wanilii i paczuli " - intensywny, ciepły i upajający, zapach który otula zmysły, wieczory w jego towarzystwie nabierają mocy :)


Małpie Bąki - " zapach obiadu małp… :P Aromat bananów, grejfruta, mango, kiwi wymieszanych z jagodami i kokosem! " - zapach idealny na lato ( lub na zimę, dla tych, którzy tęsknią za egzotyką ), świeży, owocowy, aż ślinka cieknie. Kupiłam go ze względu na nazwę, ale szybko okazało się, że nie tylko nazwa jest fajna, ale i sam aromat.



Aaabsolutnie cudowne ciacho - " najpyszniejszy zapach ciastek! Słodki krem z białej czekolady, z posypką kokosową i waniliową. Do tego lukier maślany. Mmmm! " - jeśli chcecie udać, że właśnie przed chwilą piekłyście przepyszne, maślane ciasteczka to ten wosk jest do tego idealny. Smakowity, domowy... Gdybym nie wiedziała, że to wosk to wrąbałabym jak ciastko :)


Granat w blasku księżyca - tajemnicza mieszanka egzotycznego, pikantnego aromatu granatu, dzikiej bergamoty, jeżyny, irysów i jaśminu z nutami cynamonu, goździków, gałki muszkatołowej, szlachetnego drewna i cedru " - na mój daltonistyczny nos, coś z gatunku jak Kaszmir jednak świeższe, bardziej kwiatowe z wyraźną pikanterią. Nie pogniewałabym się za perfumy o takim zapachu :)


Romantyczny Bursztyn - zmysłowe połączenie wiśni, sosu „Custard”, wanilii i drzewa sandałowego (odpowiednik zapachu Victoria’s Secret) " - to akurat nie do końca mój faworyt, choć mojemu facetowi się podobał. Z pewnością zmysłowy, mocny i wyrazisty. 


Nagi tyłek - nie, nie, to nie taki zapach gołego tyłka, jak Wam się wydaje :P W tej wspaniałej mieszance znajdziecie nuty jabłek, miodowego melona, truskawek i gruszek ze szczyptą aromatycznych przypraw :) " - kupiłam dla nazwy, podobnie jak Bąki Małpy, szybko okazało się jednak, że zapach ma w sobie to coś. Owoce z mieszanką przypraw, cudownie wypełnia wnętrze i dobrze komponuje się z posiłkami ( pobudza apetyt ).


Lemoniada malinowa - " schłodzona lemoniada z dodatkiem słodkich, soczystych malin " - pamiętacie oranżadki w proszku? Takie, które najlepiej smakowały jedzone uślinionym wcześniej paluchem? Matko, to pachnie jak one! Zapach dzieciństwa, słodki ale jednocześnie świeży. Prawie musuje w powietrzu :)


Spocony elf - " Wyobraźcie sobie, że trafiacie do małego elfiego warsztatu, gdzie elfy wypruwają z siebie flaki i… wylewają siódme poty… o zapachu cukierków, lasek cukrowych, cukru i waty cukrowej! Sprawdźcie sami, to prawdziwie magiczny aromat! " kolejna fajna nazwa i zapach przypominający różowe gumy do żucia Orbit dla dzieci :) Nie koniecznie moja bajka, ale dla urozmaicenia jak najbardziej OK.


Pinacolada - " smakowita kombinacja ananasa i kokosu " - czy ja muszę coś dodawać? Idealna kompozycja słodkiego kokosa z orzeźwiającym ananasem. Ani zbyt rześka, ani zbyt słodka. Jeszcze żeby drinki same się napełniały... :)


Ibiza - " Aromat świeżych mandarynek, delikatnego jaśminu podbite lekką, oceaniczną mgiełką " - nowość w mojej kolekcji i nowość u Craft'n'Beauty. Zapach odrobinkę przypominający Sun&Sand z YC jednak bardziej świeży, morski i odprężający. Dla kogoś, kto 2 tygodnie urlopu przesiedział w domu, stanowił namiastkę wakacji.


Choć gusta mamy różne i to, co najbardziej urzekło mnie dla kogoś innego może być na samym końcu rankingu - przyznać jednak uczciwie należy, że dziewczyny odwaliły kawał dobrej roboty i jakość wosków przypadnie do gustu nawet najbardziej wymagającym zapachoholikom. Ja jestem na etapie czyszczenia zapasów i kompletowania kolejnego zamówienia - Magiczny Eliksir, Babie Lato, Syrenie Pocałunki i Beligijskie Gofry z pewnością u mnie zagoszczą.

Znacie już asortyment Craft'n'Beauty? Może macie już swoich faworytów? :)
Czytaj dalej ...

niedziela, 20 lipca 2014

S.O.S. dla nóg - Airbrush Legs czyli Rajstopy w sprayu od Sally Hansen i LastMinute BodyBB Lirene + Efekty

Opalone nogi... nie znam osobiście osoby, która by ich nie chciała posiadać. Nawet mężczyźni chętnie wystawiają swoje wdzięki żeby ładnie wyglądać w krótkich spodenkach. Nie wiem jak jest w Waszym przypadku, ale moje nogi niestety nie opalają się z prędkością światła, do tego niesłychanie wrażliwa skóra na nich i cudowna zdolność do ściągania wszystkich komarów z okolicy sprawiają, że moje nogi to chyba najgorsza część mojego ciała - delikatnie mówiąc są "zgrabne inaczej" :D Zazwyczaj katowałam je samoopalaczami, ale ich zapach po kilku godzinach od aplikacji... ciężko to znieść. Dlatego od dawna szukałam alternatywy. Kiedyś, dawno, dawno temu czytałam w gazecie o rajstopach w sprayu, byłam jeszcze w podstawówce i wydawały mi się wprost nieosiągalne. Dzięki wpisowi Kosmetycznej Hedonistki przypomniałam sobie o nich i pędem pobiegłam na zakupy. Potem w moje łapki wpadł fluid z Lirene o podobnym działaniu. Jeśli jesteście w fazie marzeń o pięknych nogach to zapraszam do lektury :)


Zacznę od rajstop w sprayu czyli Airbrush Legs od Sally Hansen. Posiadam odcień Medium Glow, który na początek przygody z tym kosmetykiem uważam za najlepszy ponieważ nie zaszkodzi ani ciemniejszym ani jaśniejszym nogom, a pozwoli ostatecznie zdecydować czy sięgniemy później po coś ciemniejszego.


Rajstopy w sprayu zamknięte są w typowym opakowaniu ze sprayem jak dezodoranty czy lakiery do włosów. Wszystko działa szybko i sprawnie - bez zacinania czy wylewania nadmiernej ilości kosmetyku. Konsystencja po rozpyleniu na dłoń jest dość rzadka, ale nie cieknie przez palce. Również zapach - delikatny i przyjemny jest częścią umilającą aplikację. Pierwsze wrażenie może nas przerazić, kosmetyk psiknięty w skoncentrowanej ilości mam bardzo intensywną, wpadającą w pomarańcz barwę, na szczęście na skórze przybiera zupełnie naturalny odcień.


Osobiście, podobnie jak wiele innych dziewczyn, nie pryskam kosmetykiem bezpośrednio na nogi lecz najpierw nanoszę kosmetyk na dłoń, następnie rozcieram i wsmarowuję w nogi. Dzięki temu mam pewność, że produkt będzie równo rozprowadzony i nie pojawią się zacieki.


Generalnie aplikacja jest naprawdę prosta, warto jednak pamiętać, aby nogi były nawilżone. Nie chodzi tu o smarowanie się nawilżaczem tuż przed aplikacją, ale o to, żeby nie nanosić kosmetyku na przesuszoną skórę, bo wtedy rozprowadzanie go jest o prostu trudniejsze, tym bardziej, że sam w sobie również nieco wysusza skórę. Rajstopy łatwo się nakładają - nie trzeba się do tego wybitnie przykładać. Wystarczy po prostu w miarę dokładnie wmasować je dłońmi, jeśli potrzebujemy mocniejszego efektu to można go stopniować dokładając kolejne warstwy kosmetyku.


Czego najbardziej się obawiałam? Tego, że produkt będzie brudził ubrania i ścierał się w ciągu dnia. Na szczęście obawy są bezpodstawne. Rajstopy wysychają na skórze w tempie ekspresowym, oczywiście dają im na to parę minut i dopiero po chwili zakładam ubranie. Owszem, po całym, gorącym dniu, gdy założymy białe ciuchy i będą się one mocno ocierać o ciało to możemy się spodziewać, że wewnętrzna ich część będzie lekko brązowa. Nie jest to trwałość absolutna i chyba każda inteligentna osoba zdaje sobie z tego sprawę. Niemniej jednak ja jeszcze nigdy nie miałam ubrudzonego ubrania gdyż kosmetyk jest faktycznie wodoodporny i samą wodą nie idzie go zmyć. Potrzeba żelu pod prysznic najlepiej w duecie z gąbką.


Moje rajstopy posiadają delikatne, mieniące się drobinki, które pięknie wyglądają w słońcu czy w sztucznym świetle. Nie jest to nachalny efekt i ciężko było uchwycić mi go na zdjęciu, ale właśnie wyglądają jak rajstopy. Wiem, że istnieje również całkowicie matowa wersja - po nazwie koloru mamy dopisek "mat". Dodatkowo ukrywają drobne przebarwienia skóry, pajączki czy podrażnienia po depilacji. To swoisty make-up dla nóg, który poprawia ich wygląd i sprawia, że po prostu czujemy się pewniej. 


Posiadam opakowanie o pojemności 124,7 g, które kupiłam na Nocance - w tej chwili na promocji kosztują 28,99 zł, ale generalnie np. na cocolita.pl można je kupić za ok. 30 zł + koszty wysyłki, więc jest to dość standardowa cena. Biorąc pod uwagę, że jest to kosmetyk wydajny i starcza na wiele użyć to cena jest naprawdę adekwatna do jakości.


Drugim produktem, który w ostatnim czasie dość często mi towarzyszy jest balsam-fluid LastMinute BodyBB od Lirene. Posiadam niestety wersję do jasnej karnacji, a z pewnością lepiej sprawdziłaby się u mnie ta do ciemnej. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to kolejny kosmetyk, który poprawi wygląd naszych nóg.


Opakowanie tradycyjne dla balsamów, stabilnie stojące na nakrętce z zamknięciem na zatrzask. Wygodnie aplikuje się z niego kosmetyk. Produkt ma konsystencję lekkiego balsamu. Łatwo się rozprowadza i dość szybko wchłania. Zapach dyskusyjny, mnie się podoba, może nie jest wybitnie naturalny, ale pachnie owocowo i dla mnie nie jest drażniący.


Na jakiej zasadzie działa? Otóż w balsamie zamknięte są mikrokapsułki wypełnione pigmentem. Pod wpływem masowania i ciepła rozbijają się uwalniając kolor. Pigment wchłania się wraz z balsamem nadając naszemu ciału delikatny kolor. Produkt może być używany nie tylko do nóg, ale również do reszty ciała. Ja jednak skupiam się na tych dolnych partiach ciała. 


W przypadku BodyBB od Lirene, czekam z założeniem ubrań nieco dłużej niż przy Sally Hansen. Wynika do z faktu, że balsam również pielęgnuje i nawilża skórę, a przez to musimy dać mu trochę więcej czasu na wchłonięcie. Podoba mi się fakt, że oprócz koloru, nadaje również skórze przyjemną gładkość.


W moim przekonaniu Fluid LastMinute nie jest aż tak trwały jak rajstopy w sprayu, po wielu godzinach łatwiej zbiera się w załamaniach skóry i mniej równomiernie się trzyma. Łatwiej też go zmyć, choć również sama woda może nie wystarczyć. Mimo drobnych niedoskonałości uważam jednak, że wart jest wypróbowania. Ja z pewnością skuszę się także na wersję do ciemnej karnacji. 

Za 200 ml zapłacimy ok. 25 zł, dostępny w większości drogerii, warto również wypatrywać promocji.


Na koniec efekty. Niestety mój aparat mistrzem świata nie jest, ciężko też zrobić sobie zdjęcia samemu, światło też mi nie sprzyjało, mimo wszystko jakiś ogólny pogląd można załapać. Na zdjęciu z lewej nogi sauté czyli "bez dodatków", na zdjęciu środkowym, prawa noga posmarowana BodyBB od Lirene, jak widać efekt delikatny, na żywo ciut bardziej widoczny, zdecydowanie chętniej widziałabym tu wersję do ciemnej karnacji. Zdjęcie z prawej zaś przedstawia rajstopy w sprayu od Sally Hansen. Prawa noga widocznie ciemniejsza, na żywo efekt był zdecydowanie bardziej widoczny + migocące drobinki w blasku słońca. Szkoda, że nie mogłam tego uchwycić.

Znacie te produkty? A może macie inne sprawdzone specyfiki?
Czytaj dalej ...
Blog template designed by SandDBlast