środa, 17 grudnia 2014

Spełnione marzenie - Pędzel Super Kabuki i Podkład Mineralny Lily Lolo Barely Buff + swatche Blondie, Popcorn, Warm Peach i In The Buff

Pierwsze spotkanie z marką Lily Lolo miałam niespełna 2 lata temu - skusiłam się wtedy na dwa róże sypkie, o których pisałam TUTAJ. Od tamtego czasu ciągle po głowie chodził mi podkład mineralny. Niestety bałam się, że przez internet nie uda mi się dobrać odcienia. Myślałam już nawet o podkładzie mineralnych do samodzielnego zrobienia, ale to też nie na moją głowę, bo nie wiem czy umiałabym dobrać sobie koloru. Dumałam i dumałam, nawet w swojej niedawnej liście marzeń umieściłam podkład spod szyldu LL. Jakaż była moja radość, gdy dostałam propozycję przetestowania produktów tej marki od firmy Costasy. Z wielką przyjemnością zgodziłam się bo jak tu nie spełnić swojego marzenia? 


Wszystkie produkty Lily Lolo, które otrzymałam opakowane są w proste, ale urocze kartoniki. Dziś skupię się właśnie na podkładzie Barely Buff oraz na pędzlu Super Kabuki. Jest to duet idealny i nawet nie próbowałam nakładać podkładu innym pędzlem.


Łatwo się domyśleć, że najbardziej obawiałam się doboru koloru. Na szczęście firma Costasy potrafi rewelacyjnie doradzać swoim klientkom, dzięki pani Aleksandrze udało się ustalić odcień na podstawie produktów jakich do tej pory używałam np. podkładu Revlon Colorstay 180, który najlepiej wpisuje się w moją tonację. Tym sposobem trafił do mnie odcień Barely Buff - neutralny, jasny beż. W pakiecie dostałam też próbki odcieni Blondie, Popcorn, Warm Peach i In the Buff, aby porównać sobie odcienie. Nie obyło się bez zawału serca - w całych emocjach pomyliłam nazwy i myślałam, że zdecydowałam się na In the Buff, z przerażeniem testowałam próbkę, która była dla mnie zbyt ciemna - na szczęście w porę olśniło mnie, że to nie mój kolor, a Barely Buff okazał się być wprost idealny :)


Podkład mineralny Lily Lolo zamknięty jest w zakręcanym słoiczku z sitkiem. Przed pierwszym użyciem musimy zdjąć z sitka folię ochronną, nie oznacza to jednak, że od tego momentu kosmetyk będzie się sypał ile wlezie. Dzięki sprytnemu systemowi możemy zakryć dziurki do czasu kolejnej aplikacji.
Produkt jest rewelacyjnie zmielony, dosłownie nie da się wyczuć w nim nawet najmniejszych drobinek. Wszystko jest aksamitne i delikatne. Aplikacja to prawdziwa przyjemność, więcej już za chwilę przy okazji pędzla Super Kabuki. Czego obawiałam się w tym produkcie? Przede wszystkim poziomu krycia, niestety moja cera daleka jest od ideału, a po ostatnim paśmie chorób mam mnóstwo przebarwień po trądziku. Potrzebuję więc solidnej porcji krycia, a nie tylko wyrównania kolorytu. Z zaskoczeniem przyjęłam fakt, iż podkład mineralny może tak dobrze ukrywać niedoskonałości. Owszem, nie jest to 100% krycia, ale niejeden klasyczny fluid nie dorasta mu do pięt. Tym bardziej, że podkład sam w sobie poprawia stan cery. Makijaż wygląda niezwykle świeżo, w zasadzie nie czuję jakbym miała na twarzy jakikolwiek kosmetyk. Efekt został doceniony nawet przez mojego narzeczonego - no skoro facet zauważył, że coś wygląda "naturalnie" to chyba musi to być widać :) 




Może zdjęcia nie są wybitnych lotów, bo dobrego światła jak na lekarstwo, ale starałam się jak najlepiej oddać rzeczywisty efekt, bez ściemniania i koloryzowania. Nie wiem jakie jest Wasze zdanie, chętnie je poznam, moim jednak warto rozpocząć przygodę z makijażem mineralnym. Docenią go zapewne osoby ze skórą podobną do mojej czyli mieszaną w kierunku tłustej. Mam wrażenie, że podkład mineralny jest dla niej po prostu delikatniejszy, nie zapycha, nie włazi w pory, nie obciąża, a dodatkowo pomaga goić się niedoskonałościom. 
Czy znajduję w nim wady? Z pewnością boli mnie cena - 72,90 zł za 10 gramów, moim zdaniem to dość dużo. Pocieszający jest jednak fakt, że firma często ma promocje, np. teraz możecie go kupić z 15 % rabatem KLIK. Z drugiej strony, do nałożenia dwóch warstw kosmetyku potrzebujemy naprawdę minimalnej ilości - kosmetyk jest więc ekonomiczny i wydajny.
Wiem, że wiele dziewczyn nie bardzo może używać minerały zimą, gdyż lekko wysuszają skórę. Ja akurat nie zaobserwowałam takiego efektu, ale "tłuściochy" rządzą się swoimi prawami. Więcej wad w nim nie znajduję - spełnia swoje zadanie, utrzymuje się na twarzy cały dzień, nie ściera, nie wbija w załamania i dobrze współpracuje także z tradycyjnymi kosmetykami. W swojej karierze tylko raz miałam podkład mineralny i Lily Lolo bije tamten egzemplarz na głowę.


Co można napisać o składzie? Jest naturalny :) Dzięki zawartości dwutlenku tytanu mamy również naturalny filtr SPF15 :)


Oprócz podkładu, na tapetę wezmę dziś również pędzel Super Kabuki. Jestem wielką miłośniczką pędzli, cały czas inwestuję w kolejne więc cieszę się, że mam wreszcie kabuki z prawdziwego zdarzenia. Mimo iż mam kilka innych pędzli z założenia nadających się do minerałów, to ten wydaje się być jedynym słusznym rozwiązaniem spośród mojej kolekcji. Pędzelek ma świetny rozkład włosia, jest w sam raz mięsisty i sprężysty. Z jednej strony włosie jest dobrze zbite, z drugiej zaś na tyle miękkie, że pozwala łatwo "wmasować" w niego porcję produktu.


 Syntetyczne włosie jest łatwe w pielęgnacji, pędzelek dobrze się czyści i szybko wraca do pierwotnego kształtu. Nie jest to tani produkt, więc warto o niego dbać, aby służył jak najdłużej.


 Jak aplikuję nim podkład? Na wieczko wysypuję niewielką porcję kosmetyku, kolistymi ruchami wmasowuję go w pędzel. Następnie stawiam na biurku pionowo, włosiem do góry i kilka razy delikatnie stukam, aby podkład osiadł "wewnątrz pędzla". Następnie kolistymi ruchami nakładam go na całą twarz. Po pierwszej warstwie skóra ma delikatnie wyrównany koloryt, pod dwóch warstwach mam zapewnione przyzwoite krycie.


Cena pędzla to ok. 80 zł KLIK, bez czarowania mogę przyznać, że jest to chyba najdroższy pędzel w mojej kolekcji, trzeba jednak przyznać, że do podkładu mineralnego jest po prostu rewelacyjny.

Z uwagi na to, że otrzymałam kilka próbek innych odcieni to chciałabym zaprezentować swatche podkładów w kolorach: Blondie, Popcorn, Warm Peach, mój Barely Buff i In the Buff. Sama przeszukałam sieć wzdłuż i wszerz poszukując swatchy odcieni, które mnie interesowały. Być może i Wam się przydadzą przed zakupem. Wszystkie zdjęcia robione w świetle dziennym, pod różnym kątem padania. Myślę jednak, że odcienie udało mi się oddać rzetelnie.


Macie jakieś doświadczenie z podkładami mineralnymi? Może macie swoich faworytów? A jeśli nie to czy w ogóle ciekawi Was taki alternatywny makijaż?

Czytaj dalej ...

wtorek, 16 grudnia 2014

Gwiazdka u Kaczki - WYNIKI KONKURSU

Przyznam, że jeszcze nigdy nie miałam takiego dylematu w kwestii wyboru zwycięzców konkursu. Nie dość, że liczba zgłoszeń była rekordowa, to ja sama chciałabym dla każdego być kaczym Mikołajem. Wasze odpowiedzi były cudowne - zabawne, wzruszające, bardzo poważne i kompletnie odjechane :) Przeczytałam wszystkie zgłoszenia kilkanaście razy i ciągle nie mogłam się zdecydować. Wybór jednak paść musiał, choć do ostatniego momentu w pamięci tkwiły mi jeszcze dwie odpowiedzi, które bardzo chciałabym nagrodzić, a niestety mój budżet jest ograniczony :(


Nagród jest 7, więc trzeba się było zdecydować na tą szczęśliwą 7.
Bardzo serdecznie dziękuję wszystkim za udział, cieszę się, że konkurs się spodobał, z pewnością jeszcze nie raz będą podobne okazje do zabawy więc miło mi będzie jeśli ze mną zostaniecie :)

Nie przedłużając, laureaci konkursu prezentują się następująco:


Gratuluję Wam z całego serca, spośród takiej masy zgłoszeń, Wasze odpowiedzi urzekły mnie najbardziej. Z przyczyn technicznych i weryfikacyjnych, bardzo proszę o podesłanie mi swoich adresów do wysyłki ( mail: kaczmartak@gmail.com ), a także linka do swojego profilu na fb lub do nicka z google friends pod jakim mnie obserwujecie. Zdarza się, że ktoś nieuczciwie podszywa się pod inną osobę, więc jest to niezbędne. Ponadto, bardzo wiele zgłoszeń odrzuciłam z racji na nieprzestrzeganie regulaminu, będzie to dla mnie dodatkowe uzupełnienie czy wszyscy bawimy się uczciwie.

Na adresy czekam do piątku, jeśli ich nie otrzymam to na miejsce wskoczy osoba z listy rezerwowej :)

Jeszcze raz bardzo serdecznie gratuluję laureatom, a wszystkim biorącym udział w konkursie dziękuję za wspólną zabawę. Bądźcie czujni, bo kolejne konkursy z pewnością już niedługo :)
Czytaj dalej ...

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Miodek z Mniszka - peeling do ciała organic cinnamon&honey Organic Shop

Nie wiem jak u Was, ale u mnie zimą peelingi do ciała goszczą bardzo często. Skóra na nogach szybko się przesusza, więc regularnie muszę robić jej porządny masaż. Potem mocno nawilżające i natłuszczające masełko i dopiero można jakoś funkcjonować. Ostatnio moim towarzyszem chłodnych dni i centralnego ogrzewania stał się peeling z Organic Shop,który znalazłam w paczce ambasadorskiej od Kaliny. Cynamon i miód - idealne połączenie na zimowe wieczory. Jak sprawdziło się w realu?
Bez zbędnych ceregieli zapraszam na recenzję :)


Peeling zamknięty jest w plastikowym słoiczku z nakładaną pokrywką. Myślę, że jest to z jednej strony wygodne, z drugiej zaś może być największą wadą produktu. Gdy mamy śliskie, mokre ręce to łatwiej jest po prostu pociągnąć za wieczko i już możemy nabierać kosmetyk. Jeśli jednak opakowanie nam upadnie, lub przewozimy je ez zabezpieczeni - wtedy może się otworzyć i upaćkać kosmetyczkę czy podłogę. Konsystencja jest bardzo gęsta, po odwróceniu słoiczka do góry dnem z pewnością nie wypłynie, biorąc pod uwagę opakowanie jest to niewątpliwy atut.


Organic cinnamon & honey - proste, że spodziewałam się zapachu miodu i cynamonu. W jakim szoku byłam, gdy mój nos stwierdził iż peeling ma zapach... Mniszka lekarskiego popularnie zwanego mleczem. No ewentualnie herbaty z miodem i cytryną. Uparcie jednak twierdzę, że kwiaty Mniszka, czy nawet domowej roboty "miodek" z tej rośliny pachną dokładnie tak jak ten peeling - słodko i kwiatowo. Cynamonu tu niestety nie wyczuwam, ale zapach jest generalnie śliczny.


W peelingu zapach gra drugorzędną rolę, najważniejsze jest działanie. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to bardzo dobry produkt, który sprostał moim oczekiwaniom. W cudownie odżywczej masie zatopiony jest ogrom drobinek cukru, które porządnie złuszczają naskórek. Generalnie bardzo lubię cukrowe peelingi, niestety w wielu wypadkach drobinki rozpuszczają się zbyt szybko, zanim zdążę porządnie wymasować ciało.


W wypadku peelingu od Organic Shop drobinki rozpuszczają się w umiarkowanym tempie pozwalając na masaż. Podoba mi się fakt, że kosmetyk równie dobrze sprawdza się na nogach, jak i na moich górnych, nieco wrażliwszych partiach ciała. Łatwo się spłukuje, pozostawia skórę nawilżoną, ale bez tłustego filmu. Ciało po masażu jest ładnie zaróżowione, wygładzone, ale i odżywione bo skład kosmetyku jest godny podziwu.


Czołowe pozycje zajmują w nim: ekstrakt z kory cynamonu, miód, cukier, masło shea, olejek z paczuli i olejek z palczatki cytrynowej. Jak tu go nie kochać?

Za 250 ml kosmetyku zapłacimy w sklepie Kalina 21 zł - myślę, że produkt jest wart swojej ceny, a sama z pewnością zdecyduję się również na kawową wersję :)
Czytaj dalej ...

niedziela, 14 grudnia 2014

Trzecia niedziela adwentu ze skrzydłami anioła - Yankee Candle Angel's Wings Q4

Jeśli jeszcze nie macie przesytu świątecznych zapachów to zapraszam Was na przedostatni wosk Yankee Candle z serii Q4. Tydzień temu wylałam swoje żale na Candy Cane Lane, dziś na tapetę wezmę Angel's Wings. Znów będzie słodko, ale czy z lukrem?


Skusiłam się na całą serię w ciemno, nie czytając nawet opisów. Dopiero po zapoznaniu się z zapachem " na żywo " zerknęłam na to co opisuje producent. Angel's Wings to połączenie waty cukrowej, płatków kwiatów oraz kremowej wanilii. Wydawać by się mogło, że będzie to mdląca słodycz zupełnie nie kojarząca się ze świętami. O dziwo wcale tak nie jest. Wydaje mi się, że wszystko za sprawą kwiatów.


Angel's Wings to zapach bardzo intensywny, wystarczy niewielka ilość, aby rozszedł się po całym mieszkaniu ( a nie tylko pokoju ) otulając je ciepłym, słodkim, ale nie duszącym zapachem. Aromat przypomina ciepły, waniliowy budyń. Nie jest to jednak wanilia upajająca, lecz delikatna jak mgiełka, stanowi jedynie muśnięcie przeplatane odrobiną białych kwiatów. Całość jest relaksująca, pozwala odpłynąć, nie kojarzy się jednak ze świętami, przynajmniej nie mi. Muszę jednak przyznać, że jest to zapach umilający oczekiwanie na święta, po świętach zaś może ogrzewać chłodne dni.

Podobnie jak reszta kolekcji, można go kupić np. na Goodies - 7 zł za sztukę. Za tydzień ostatni i mam nadzieję, najbardziej świąteczny z całej czwórki - Christmas Garland :)


Czytaj dalej ...

sobota, 13 grudnia 2014

Limitka p2 Gold&Crown - pomadki, lakiery i glitterowe cienie SWATCHE

Jakiś czas temu pokazywałam Wam na blogu limitkę, która rzuciła mnie na kolana. Rzadko coś do tego stopnia wywołuje u mnie chęć posiadania. Limitka P2 Gold&Crown sprawiła, że święta zobaczyłam w iskrzących kolorach. Może nie wszystkie produkty jednakowo chwyciły mnie za serce, ale pomadki, glittery i lakiery wyglądały obłędnie. Mój Mikołaj w postaci Gosi postanowił spełnić moje marzenia i przysłał mi więcej niżbym mogła oczekiwać. W tajemnicy powiedział mi, że na lakiery musiał długo polować, bo nie wszystkie były dostępne od razu. Już myślałam, że ten, który najbardziej mi się podobał nie dotrze, ale Gosia jest taką czarodziejką, że wykombinowała również ten najpiękniejszy :)


Limitka inspirowana jest glam rockiem, barokowych przepychem z punkową nutą. Dziś nie przedstawię Wam recenzji tych kosmetyków, ponieważ jeszcze za krótko się z nimi znam, chciałabym jednak pokazać Wam swatche. Być może wypatrzycie coś, co przyda się Wam na święta :)


Zacznę od paletek z pomadkami, bo są autentycznie przepiękne. Posiadam obie dostępne wersje - 010 Flaming Reds i 020 Rich Magentas. Obie zawierają po 5 odcieni - w pierwszym przypadku czerwieni, w drugim zaś różów. Zwróćcie uwagę na ich pigmentację - jest absolutnie obłędna! Lekko wilgotne wykończenie nadaje ustom pełnego kształtu. Opakowanie nie jest najwyższych lotów podobnie jak dołączony do nich pędzelek, zawartość jednak wygrywa wszystko. Ciężko mi zdecydować, która podoba mi się najbardziej :)

010 Flamig Reds

5 odcieni czerwieni w dość neutralnej tonacji. Myślę, że to fajny sposób na sprawdzenie, w którym z odcieni jest nam najlepiej.


W paletce znajdziemy:

>>> klasyczną, żywą czerwień,
>>> głęboki odcień czerwonego wina,
>>> ciemną, nico zgaszoną czerwień
>>> czerwień mocno okraszoną brudnym beżo-różem
>>> energetyczną koralową czerwień wymieszaną z odrobiną różu i pomarańczu


020 Rich Megentas


Z tą paletką Gosia zrobiła mi niespodziankę. Mało mam różowych pomadek, a tutaj każdy z kolorów wpisuje się w mój gust. Podobnie jak czerwony odpowiednik jest rewelacyjnie napigmentowana, o wilgotnym wykończeniu.


Odcienie:

>>> jasny, zgaszony róż o bardzo naturalnym odcieniu
>>> intensywny róż okraszony odrobiną fioletu, choć fuksją bym tego nie nazwała,
>>> klasyczny, średniointensywny róż w cukierkowym stylu
>>> chłodny, jasny, lekko przybrudzony róż
>>> intensywny, ciepły, malinowy róż


Po paletkach do ust czas na lakiery, które idealnie wpisują się w klimaty świąteczno-karnawałowe. Przyznam, że w tym roku mam tyle fantastycznych naklejek świątecznych, lakierów i płytek do stempli, że manicure mogłabym zmieniać 5 razy dziennie. Niestety trzeba będzie się ograniczyć i połączyć w zgrabną całość kilka absolutnych must have.


Kolekcja Gold&Crown liczy sobie 4 lakiery. Każdy charakteryzuje się naprawdę dobrym kryciem, w przypadku złotka i fioletu już po pierwszej warstwie możemy uzyskać idealne pokrycie płytki. W skład kolekcji wchodzą następujące odcienie: 010 brown splendor, 020 golden aura, 030 red glamour i purple charism.

010 brown splendor 


Takie odcienie albo się lubi, albo nie. Jest to dość ciepły, średnio ciemny brąz ze złocistymi drobinkami. Może nie szaleńczo porywający, ale spróbuję go zestawić z moimi nowymi, brązowymi pomadkami Niny Ricci :)

020 golden aura


Początkowo myślałam, że najmniej przypadnie mi do gustu, a jest cudowny! Piękne, jasne złoto o neutralnym odcieniu. Daje przepiękny efekt szczególnie w sztucznym świetle, idealny i nietandetny odcień. Na bank będzie mi towarzyszył w te święta :)

030 red glamour


Identyczny lakier miałam kiedyś z Sensique, też z jakiejś limitki. Uwielbiałam go do tego stopnia, że kupiłam dwie flaszki. Teraz moja miłość do czerwieni na paznokciach nieco osłabła, co nie zmienia faktu, że ta intensywna, żywa, migocząca czerwień z P2 z pewnością zagości na moich paznokciach nie jeden raz.

040 purple charism


Wisienka na torcie, lakier, który tak bardzo mi się podobał i tylko dzięki upartości Gosi udało się go dostać. Jest to piękna, bardzo głęboka purpura. Podobnie jak wszystkie lakiery z tej serii, swój pełny urok pokazuje dopiero w sztucznym świetle ( stąd limitka idealna na zimę ), złociste drobinki dają migoczący efekt, a lakier wygląda maksymalnie elegancko.


Do lakierów dostałam również glittery do paznokci. Nie jestem wybitną fanką topów z drobinkami, bo z reguły trzeba by było nałożyć z 15 warstw aby uzyskać pożądany efekt. Myślę jednak, że teraz mogę się przeprosić z moimi starymi glitterami, bo post Karoli z Kosmetycznie i nie tylko wyjawił mi kapitalny patent - zerknijcie jeśli jesteście ciekawe. Wracając do glitterów z P2 - wierzcie lub nie, ale już przy jednej warstwie nakłada nam się ogromna ilość drobniutkich paseczków. Nie trzeba grzebać po butelce i wyławiać, wystarczy zanurzyć i malować. Glittery dostępne są w dwóch odcieniach 010 jazzy i 020 flashy.


010 jazzy to złotko, klasyczne, ciepłe, żółte złoto.


020 flashy to taki "bombkowy", choinkowy miks - czerwony, zielony i niebieski wyglądające jak pocięty, choinkowy łańcuch. Fajne :)


Na deser dwie paletki glitterów. 010 luxury touch i 020 fancy girl. Najpiękniej wyglądają w paletce, gdyż jednolita tafla tworzy przepiękny efekt. Nie oznacza to jednak, że po przeniesieniu na skórę, wyglądają źle. Warto jednak aplikować je hojnie, bo wtedy pokazują prawdziwą moc. Są to drobiny brokatu zatopione w żelu, łatwo rozprowadzają się na skórze i dobrze się trzymają, bo żelowe spoiwo wysycha "przytwierdzając" drobinki do podłoża. Kasetki są identyczne jak w przypadku pomadek, a dołączony aplikator nawet spełnia swoją funkcję. Glittery można wykorzystać jako dodatek do cieni, do narysowania fantazyjnej kreski, ale także na ciało, usta ( nie widzę tego ) i zaryzykowałabym na paznokcie, ale to ostatnie muszę najpierw sprawdzić.


010 luxury touch to paletka klasycznych, "królewskich" odcieni. Ciepłe, żółte złoto, intensywny oranż, królewska czerwień, jasne złoto i grafit.



020 fancy girl to szalone kolory radosnej dziewczyny, turkus, kobalt, fiolet, róż i srebro.




Pozostałe produkty z kolekcji możecie zobaczyć TUTAJ. Ja jestem oczarowana tymi kosmetykami i cieszę się, że będą mi towarzyszyły w święta :) Po świętach postaram się zdać raport z jakości :)

Coś wpadło Wam w oko? Ja lecę z piesiem na szybkie siusiu i zaraz nadrabiam zaległości w komentarzach :)
Czytaj dalej ...
Blog template designed by SandDBlast